Co to był za dzień? Pełen wrażeń, a skończył się jeszcze większymi emocjami… Ten dzień natchnął mnie do tego stopnia, że powstanie notka z cyklu tych bezsensowny, opowiadających o tym co dzisiaj mnie spotkało. Raz mogę zaszeleść. W takim razie zaczynamy!
Wszystko się zaczęło od próby przedstawienie szkolnego które jutro odbędzie się na zakończeniu roku. Przyjechaliśmy godzinę wcześniej by poćwiczyć przed wystąpieniem przed panią dyrektor. Skończyło się na tym, że ja nosiłem komputery a reszta całą godzinę się obijała więc podeszliśmy do ostatecznej próby trochę z marszu. Ostatecznie wszystko się udało a hitem było zakończenie: Pani dyrektor pracowała nad naszą dykcją, więc dzisiaj mieliśmy pokazać poprawę. Po zakończonej próbie kolega S. z niedużej odległości przemawia do p. dyrektor:
- i jak tam moja dykcja. Lepiej?
-słucham?
-jak tam dykcja! Lepiej?
-co?
-dykcja!!
-aaa dykcja! Tak, tak lepiej…
<szyderstwo>
I tym wesołym akcentem zakończył się dzień w mojej szkole. Przeszliśmy więc na wyższy poziom edukacji udając się do Zerówki numer 3. Tam po zrobieniu kwiatków które nie były różowe i napisów które nie były różowe otrzymałem dyplom ukończenia zerówki z datą 22.06.07. Tym sposobem jestem pełnoprawnym właścicielem wykształcenia zerowego. Gdy szedłem przez miasto dzierżąc mój dyplom, wszyscy mi zazdrościli… bo takiego na pewno nie mieli. I tak skończył się etap dnia w zerówce.
Po tych szkolnych przeżyciach przyszedł czas na leżakowanie (dzieci w przedszkolu tak mają więc nie będę się wybijał), a następnie oczywiście rowerek. Nie spodziewałem się, że ten wyjazd skończy się tak emocjonująco, w końcu jeżdżę codziennie. Po pierwszym wyjeździe na przekaźnik, pędząc w dół do domku, spotkałem znajomych jadących w przeciwnym kierunku pod górę. Po kilku sekundowym namawianiu udało im się mnie przekonać na ponowny wyjazd. Gdy po raz drugi znalazłem się na szczycie, spotkałem właściciela wysokiej klasy roweru downhill’owego (czyli coś na czym skacze się z 15 metrowych klifów i zjeżdża z olbrzymią prędkością po niegładkich terenach… zobaczycie potem) i po kilku sekundowym namawianiu dałem się na mówić na zjazd (ja coś chyba nie asertywny jestem). To była jedna z tych chwil w której odkrywamy, że doświadczenie to coś co uzyskujemy gdy nie jest nam już potrzebne. Odkryłem właśnie w tym momencie, że mój rower nie nadaje się do zjazdów… Ja na szczęście jestem cały, ale kolega który przejechał po moim rowerze, po czym robiąc salto wpadł w przepaść i jakimś cudem zatrzymał się metr pode mną, jest troszkę w gorszym stanie. I to ciekawe wydarzenie zamknęło dzień pełen wrażeń. Potem tylko zjazd nocą przez park i do domu.
I to by było na tyle… dodam tylko, że właśnie skończyłem 19 lat… starzeje się… a rozumu mi nie przybywa…
A na koniec pokaz tego co znaczy porządna jazda na rowerze i czego PRAWIE doświadczyłem dzisiaj:
Mija sobie czas a razem z nim minęły mi praktyki. Od poniedziałku znowu szara szkolna rzeczywistość pełna tranzystorów, skomplikowanych wzorów i twierdzeń których nikt z nas (młodych) nie rozumie a tym bardziej nie wie po co je znać (choć potem przeważnie okazuje się, że jednak się przydają). Tym czasem pozostaje mi cieszyć i korzystać z ostatnich chwil wolność, co też robię siedzą o 5 rano i pisząc tę notkę.
Jak możecie zaobserwować pojawił się na mym blogu nowy gadżet. Teraz czytając te nudny notki możecie się jakoś wspomagać muzyczką żeby nie zasnąć. Jednak nie spodziewajcie się jakiś super nowych hitów i znanych artystów gdyż w serwisie który to udostępnia, są piosenki artystów mało znanych, którzy udostępniają swoje utwory za darmo.
Już narzekałem na to, że czas mija i skończyły się praktyki, ale jakby tego było mało to jeszcze zmienił się nam rok. Jest to czas na refleksje nad minionym rokiem a także moment na wyznaczanie sobie noworocznych postanowień. Jakoś jednak żadna z tych rzeczy mnie nie dotknęła. Może przez to, że żyję na bieżąco. Co chce zmienić zmieniam to od razu nie zostawiając tego na później. A refleksje? Także przychodzą od razu, czego nie przemyślałem wcześniej to z pewnością nie pamiętam już tak dobrze żeby wyciągnąć z tego prawidłowe wnioski. Jednakże nie o tym miałem pisać (ja to się zawsze rozgadam o tym co nie trzeba), a mianowicie o samym zakończeniu minionego roku. Choć zapowiadało się na totalną klapę, było lepiej niż kiedykolwiek przed laty. Może właśnie przez to, że do ostatniej chwili jeszcze nie wiedzieliśmy jak to będzie: co będziemy robić, gdzie, z kim, itd. Itp. A z naszych tajnych „narad” wynikało tyle co zawsze czyli coś w stylu „bo co taki dobry placek z czereśni musi…?”. Ale tacy to już z nas mędrcy, w takich sprawach nigdy nie potrafimy się poważnie dogadać. Ostatecznie wszystko świetnie się udało. Szczegółów nie da się opisać bo jest tego za wiele, a ja z pewnością nawet połowy z tego co się tam działo nie pamiętam. Tak to już jest, gdy przez cały wieczór padnie jeden żart to każdy go zapamięta i wszyscy będą się z niego śmiać jeszcze przez tydzień, ale jak leci „śmiechawa” non stop to nie pamięta się niczego… I w takiej to ja jestem właśnie sytuacji. Niektórzy z Was wiedzą co się dzieje jak zbierzemy się w trójkę (ja, Sylwek i Kantek) i każdy ma w miarę dobry humor. To teraz wyobraźcie sobie sytuacje gdy każdy z nas był genialnie nastawiony już od samego rana a jak by było mało siedzieliśmy i nakręcaliśmy się nawzajem przez 19,5 godziny bez przerwy (do tego na początku dołączył się Diabeł- a ten ma “zryte gadki jak nikt). Naprawdę zabrakłoby mi słów żeby to opisać nawet jakbym potrafił. Ale biorąc pod uwagę tylko to czym się zajmowaliśmy to:
- dostałem doszczętnie zniszczony przez Diabła (to ksywa) w Quake’a, co zaowocowało dołem psychicznym prawdopodobnie do końca życia
- zniszczył mnie także w Worldcraft’a
- Kantek postanowił, że w nowym roku będzie „chiiilllll”- a dokładnie taki „chilllll” jak Tyler z „Step up”, a w tym celu zapisze się na balet i do „Azetek”- a potem była nieskończona ilośc fazowych opowieści co to nie będzie robił… (a to wszystko podczas “oglądania” filmu)
- Sylwek początkowo zajmował się swoim wyjątkowym gościem, jednak potem dał taki popis czarnego dowcipu (i oczywiście nie tylko), że choć zwyczajnie takie rzeczy w życiu by mnie nie śmieszyły to jednak nie dało się wytrzymać, to było mistrzostwo (nic nie poradzę, ale dalej jak tylko sobie to przypomnę wybucham śmiechem, a na pytania „o co chodzi?” musze zmyślać, że nic takiego- jednak tego dowcipu lepiej nie podawać dalej, a poza tym żartów sytuacjach się nie opowiada).
- podczas tych 19,5 godzin (start 18:30 31.12.2006, koniec 13:00 1.1.2006) groził nam zgon poprzez zachłyśnięcie Coca-colą lub zadławienie chipsem praktycznie za każdym razem jak próbowaliśmy coś skonsumować (szczególnie trudne było śniadanie). Jedzenie koło tych dwóch dogadujących co chwile to naprawdę sport ekstremalny.
- żeby tradycji stało się zadość musiałem coś zniszczyć, zdemolować, zbić, zalać. Tym razem po calutkiej nocy bezstratnego chodzenia po ciemku między szklankami postawionymi na podłodze, gdy nastał ranek i zrobiło się jasno właśnie ja jak ciele musiałem wleźć i przewrócić świeżo napełnioną szklankę. Reakcja Sylwka była imponująca: przez jakieś 5 min zamiast mi pomóc stał i krzyczał „Maaammoooo! A Miłosszzz wyllałłłł… wesss goooo! Mammoooooo daj coś! Mamooooo!!…). Jak kiedyś przy nim zapali mi się ubranie to nawet nie liczą na szybki ratunek…
- Sylwek napadł na dresów (kibiców Czuwaju) krzycząc na cały most: “Drechy!! Drechy!! Polonia! Polonia!!” ku memu wielkiemu zaskoczeniu! Jednak widać byli w dobrym humorze gdyż został zignorowany.
- nie udało nam się zgadać do ładnej pani kasjerki w The Billi
- Kantek postanowił, że od nowego roku będzie dobrym człowiekiem, co objawiało się bardzo dziwnymi czynnościami i zachowaniami (np. podłączenie komputera dobremu człowiekowi zajmuje 15 min, gdzie takiemu złu jak ja zajęło to 30 sek.)
- w kościele fajny Pan Organista zbudził nas uderzeniem o klawisze (gdyż specjalnie usiedliśmy sobie tuż przy głośniku), chyba, że to wynikło z tego, że sam sobie przysną i mu się nacisnęło przez przypadek (chociaż cieszył się do nas, to nie wiem).
- a na koniec wszyscy odchorowaliśmy tą imprezę (co dziwne bo oczywiście nie było ani kropli alkoholu, ale widać nadmiar chipsów też szkodzi)
I tak to w miarę wyglądało choć niestety nie pamiętam nawet 1/100 najlepszych kawałku z tych dwóch dni i jednej nocy, za dużo tego było (może Ci dwaj mi coś przypomną). Jednak sama myśl o tym będzie mnie jeszcze nakręcać przez długie tygodnie… aż do końca kolejnego roku.
Einstein był genialny
Pomijając już to, że był wegetarianinem, ta postać najbardziej mi imponuje. Dokonał wielkich rzeczy jednak nie zapomniał nigdy co to znaczy dobry humor:
„Aby ukarać mnie za moją pogardę dla autorytetów, Los sprawił, że sam stałem się autorytetem.”
„Bo ja wolno myślę.”
„Jestem głęboko wierzącym ateistą.”
„Jak to się dzieje, że nikt mnie nie rozumie, a wszyscy mnie uwielbiają?”
„Jeżeli moja teoria względności okaże się słuszna, Niemcy powiedzą, że jestem Niemcem, a Francuzi, że obywatelem świata. Jeśliby miała się okazać błędna, Francja oświadczyłaby, że jestem Niemcem, a Niemcy, że jestem Żydem.”
„Mając dwadzieścia lat myślałem tylko o kochaniu. Potem kochałem już tylko myśleć.”
„Nie wierzę w astrologię, bo jestem spod znaku Ryb, a Ryby nie wierzą w astrologię.”
„Tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej.”
„Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, i przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to właśnie robi.”
„Jedynym dowodem na to, że istnieje jakaś pozaziemska inteligencja jest to, że się z nami nie kontaktują.”
„Jeśli “a” oznacza szczęście, to a=x+y+z; x – to praca, y – rozrywki, z – umiejętność ‘trzymania języka za zębami.”
„Jeżeli zabałaganione biurko jest znakiem zabałaganionego umysłu, znakiem czego jest puste biurko?”
„Znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie, jak go wskrzesić.”
„Sprytna osoba rozwiązuje problem. Mądra ich unika.”
„Każdy głupi może wiedzieć. Sedno to zrozumieć.
„Nie martw się o swoje trudności z matematyką. Zapewniam cię że moje są i tak większe.”
Grzebiąc w starych zdjątkach dokopałem się do zdjęć z konkursu na najładniejszego Aniołka organizowanego w mojej szkole. Może nie uwierzycie ale moja genialna szkoła wybrała właśnie mnie. Prawdopodobnie nie za wygląd ale prędzej za oryginalny taniec który z resztą zobaczcie sami:
To jedno zdjęcie mówi wszystko o tym co siedzi teraz w mojej głowie (a jest tego trochę). Każda rzecz na zdjęciu ma jakieś znaczenie, a niektóre nawet kilka. Mam nadzieję, że zrozumiecie…
P.S. Ostatnio stałem się chyba strasznie zagadkowy… Specjalne podziękowania dla Madzix.
„Ponieważ wiem, że bloga mojego brata czytają miliony… miliony razy jego krewni- postanowiłam Wam przedstawić kogoś wyjątkowego. Kogoś, kto swoim urokiem wywoła uśmiech na twarzy każdego z Was. Jest zodiakalnym Bykiem, lubi sianko i przy moim boku oglądać telewizję. Całymi dniami skacze po łóżku. Nie cierpi być sam, dlatego gdy tylko wracam wtula się we mnie i patrzy na mnie swoimi słodkimi brązowymi oczkami. Jestem już z nim dwa tygodnie i nie wiem jak bez niego mogłam żyć. Nazywa się Baksiu i jest króliczkiem miniaturką. Oto jego zdjęcia – niech wleją słodycz w Wasze serca.”
Heh i tym sposobem znowu spadałem w hierarchii rodzinnej. Nie dość, że byłem za dwom psami, dwoma kotami, milionem rybek to teraz jeszcze za królikiem. Oj ciężkie czasy nastały. Ale musze przyznać, że fajny taki królik. Nic nie mówi, patrzy się, czasem coś zje, skacze sobie i robi dużo, dużo bobków! Gość na moim poziomie. A co do tych bobków to nie wiem czy graliście kiedyś w taką grę jak Bomberman. Polegała ona na tym, że biegało się ludzikami i zostawiało bomby. To wygląda podobnie. Biegnie królik a za nim tylko czarne bobki. Ogólnie wspaniała zabawa dla całej rodziny.
Ten królik to straszny cwaniak jest, przez co nasuną mi się pewien dowcip:
Idzie totalnie zmasakrowany królik przez las. Cały zakrwawiony, bez ręki i oka.
Pyta go jeż:
- Co się stało?
- Nic, tylko założyłem się z niedźwiedziem o oko, że mi ręki nie urwie…
Od mniej więcej czterech lat planowaliśmy wypad na najwyższy szczyt Polski. Nie mogliśmy się zdecydować, ponieważ nie jest to takie proste fizycznie a jak się potem okazało także niebezpieczne. Przygotowywaliśmy się technicznie i fizycznie (codziennie oboje jeździliśmy na rowerkach itd.), więc byliśmy dobrej myśli. Wyjechaliśmy z Przemyśla o 5 rano a na szlak weszliśmy koło 13. Początkowo trasa była bardzo prosta, przynajmniej od strony technicznej, bo fizycznie ostro dawała w kość. Kilka kilometrów non stop po stopniach. Ciężkie plecaki ciągnęły w dół, więc naprawdę nie było to takie proste. Jak by tego było mało, w połowie drogi na szczyt złapała nas burza (już od początku lekko padało). Ale to nie taka burza jaką znamy z dolin. Silny wiatr do tego grad jak groszek. Pioruny uderzały tuż koło nas. Wtedy musieliśmy na chwilę przerwać wędrówkę, ale jak to w górach pogoda bardzo szybko się zmieniła i zaraz mogliśmy ruszać dalej. Gdy natrafiliśmy na pomoc ratunkową i praktycznie nie wiedzieliśmy czy tamtędy nie będziemy musieli przejść gdzie zdarzył się ten wypadek (zaznaczę, że żaden z nas nie znał drogi) opadliśmy trochę z sił psychicznych, ale dzielnie brnęliśmy naprzód. Nie podbudowaliśmy się za bardzo bo po chwili naprawdę zaczął się hardcore. Wspinaczka po śniegu prawie po pionowej ścianie, potem wspinaczka na łańcuchach po naprawdę pionowej ścianie a potem to już po kamieniach stromo do góry. Po czymś takim człowiek albo przyzwyczaja się do niebezpieczeństwa, albo nie pozostaje mu nic innego jak się poddać i rzucić w przepaść. My wybraliśmy tą pierwszą opcję. Jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka. Może było by łatwiej gdybyśmy korzystali tak jak wszyscy ze szlaku, ale jaka to by była atrakcja. W końcu udało nam się jakoś dotrzeć do schroniska pod samym szczytem. Pogoda nie za bardzo dopisywała więc postanowiliśmy przenocować. Klimat w schronisku był niesamowity. Tego nie da się opisać. Noc wysoko w górach jest naprawdę czymś niezwykłym. Jednak najbardziej niezwykły w tym schronisku był klopek (ubikacja). Była to kabina z tarasem ustawiona na zboczu skarpy. Niby normalne bo w końcu gdzieś muszą lecieć odpadki, ale jak wchodziło się do środka i siadało na tronie naszym oczom ukazywał się niezwykły widok. W ścianę przed nami było wmontowane olbrzymie okno z pięknym widokiem na góry, naprawdę imponującym. Nawet jak ktoś nie miał potrzeby to warto było pójść popodziwiać widoki. Jednak to jeszcze nie wszystko. Żeby do niego dojść, trzeba było przejść 90m po stromym zboczu, ścieżką z chwiejących się kamieni. Jak naszła mnie potrzeba w nocy, to o mało nie załatwiłem się po drodze ze strachu. Noc była bardzo przyjemna chodź ciężka. A ciężko było ponieważ jeden z osobników śpiących z nami (na ziemi oczywiście) chrapał a reszta próbowała go uciszyć. Było to komiczne, a ja, jak to ja w takich sytuacjach nie umiem się powstrzymać od śmiechu. Jak udało nam się zasnąć to i tak zaraz była pobudka (6 rano). Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na szczyt. Tam dopiero był prawdziwy hardcore. Zaczęło się od wspinaczki po śnieg, po bardzo stromym zboczu. O mało nie wybiłem sobie tam moich świeżo wyprostowanych ząbków. Jednak byliśmy przygotowanie i mieliśmy specjalne obuwie. Ten śnieg był niczym w porównaniu do wspinaczki po skałach wisząc nad przepaścią -która czekała nas potem. Szlaku nie było już nawet widać. Jedynym drogowskazem był szczyt. Było kilka niebezpiecznych sytuacji, zerwanych kamieni, więc adrenalina buzowała w nas do granic możliwości. W końcu po to na to się zdecydowaliśmy. Gdy dotarliśmy wreszcie na szczyt nasze wysiłki zostały wynagrodzone. Czuliśmy się jak panowie świata. Wszystko pod nami, tak blisko nieba i chmur. Wspaniałe uczucie a widoki zapierające dech w piersiach. Do tego cały czas buzująca adrenalina ponieważ szczyt nie miał za dużej objętości a wysokość była znaczna. Przeżycie nie do opisania. Góra została pokonana. Pogoda ponownie zaczęła się psuć więc musieliśmy w pośpiechu schodzić na dół. To chyba był najbardziej emocjonujący moment. Schodziliśmy na wyścigi. Jednak po chwili każdy z nas do szedł do takiego miejsca, że za bardzo nie miał jak się wrócić a na przód była tylko przepaść. Poluzowaliśmy więc trochę, ale i tak było naprawdę bardzo emocjonująco. Po to są w końcu sporty ekstremalne. Potem czekał nas tylko genialny zjazd po śniegu na butach (lepsze niż rolki, naprane polecam, genialna rzecz) i udaliśmy się jeszcze na chwile do schroniska bo gonił nas deszcz. Tam spotkaliśmy grupkę Węgrów z którymi nie mogliśmy się dogadać, a potem się okazało, że jedna z nich mówi po polsku. Zaszpanowałem przed nimi znajomością gry na gitarze piosenki Omegi i ruszyliśmy w drogę. Gdy schodziliśmy, złapała nas najgorsza burza jaką kiedykolwiek widziałem. Ze ścieżki zrobił się potok, a grad walił z całych sił. W takiej pogodzie musieliśmy jakoś dotrzeć na dół, bo szans na przejaśnienie nie było. W końcu się udało. Zeszliśmy bezpiecznie na dół. Wykończeni ale nabuzowani adrenaliną. Przeżycie nie do opisania.
Dziękuje mojemu tacie który mnie tam zabrał, wymyślił i zaplanowała całą tą wyprawę. Bez niego nigdy bym nie przeżył czegoś takiego. Dziękuje i podziwiam bo trasa była hardcorowa.
Tutaj na koniec macie zdjęcia ale były one robione obiektywem szerokokątnym więc wszytko zostało spłaszczone. Nie ukazują one nawet w najmniejszym stopniu tego co naprawdę tam przeszliśmy. LINK
Są w życiu takie dni które zapamiętujemy na całe życie. To był właśnie taki dzień. W końcu osiemnastkę ma się tylko raz w życiu a do tego taką! Impreza od początku stała pod znakiem zapytania, ponieważ pogoda nie za bardzo nam dopisywała. Jednak jak się potem okazało ten chwilowy deszczyk był błogosławieństwem. Przez niego działki wokół miejsca gdzie się bawiliśmy były totalnie puste więc muzyka mogła lecieć caluteńką noc, a, że sprzęt grający był, więc dało się poszaleć. Jednak zacznijmy od początku.
Od samego rana dużo się działo. Około 12 wpadł po mnie i po Sylwka Kantek swoim BMW i zawiózł mnie do szkoły po legitymacje (bo ja byłem spalony i w tym upale nie za bardzo chciało mi się podróżować pieszo). Powoziliśmy się trochę po mieście w rytmach techniawki i postanowiliśmy pojechać zaprosić Celinę osobiście. Po tej dzielnej przygodzie, obiadek, prawo jazdy i ostanie przygotowania. Pogada w tym czasie nie zachęcała do wychodzenia z domu jednak postanowiłem się nie poddawać i nic nie odwoływałem (jak się potem okazało- słusznie). Trochę zabrakło mi czasu i jak dojechałem na miejsce, moi dzielni goście już na mnie czekali. Zaczęło się więc w pośpiechu. Rodzice pomogli się ustawić, rozpalili grilla i po chwili nas opuścili. Zaczęło się od jedzenia i picia. Gdy jeszcze na początku nikt za bardzo się nie rozkręcał, wszyscy byli spokojni, wtedy szalał Marek. Nazwał siebie Człowiekiem pociskiem i biegał w kapeluszu dookoła. Następnie znalazł dwa widelce i atakował wszystkich krzycząc „Atak klonów!”. Ale któż zrozumie Marka. Po pewnym czasie rozluźniliśmy się i zaczęła się zabawa. Wtedy to Marek nie wiadomo dlaczego się uspokoił. Ale któż zrozumie Marka. DJ’em został Kantek, i rozkręcał muzą tak, że czasami nie dało się usiedzieć. Z tego co zauważyłem to największą popularnością cieszyło się Disco Polo, szkoda tylko, że mieliśmy tak mało tego rodzaju muzyki. W tych rytmach Sylwek był zajęty podrywaniem Sylwi, Kantek Pchełki, a dla mnie już nikogo nie zostawili! Ale i tak żaden z nich i tak nic nie spętał bo one wolą mnie! Dziki za to przyubrał kapelusz i poczuł się jak prawdziwy góral. Zaczął prawić swoje historie. Opowiedział nam jak to zdawał język angielki. Niby historia krótka, temat prosty. Ale Dziki tak odbiegał od głównego wątku, że zajęło mu to przynajmniej z 15-ście minut. Ja wychodziłem ze trzy razy i jak wróciłem to dalej byłem w temacie. Cóż poradzić, prawdziwy góral. Tak nam mijał czas, aż wybiła 2 w nocy. Niestety wtedy Sylwek musiał nas opuścić i zabrał ze sobą kilka osób. Wprawdzie planowany czas imprezy był nieograniczony i dopasowany do gości, a Ci planowali koniec około 23, jednak myślę, że się im podobało bo skończyliśmy o 6 rano. A co robiliśmy od 2 w nocy do 6 rano? Nie wiem sam jak to określić, po prostu „ryliśmy” się. Włączyliśmy sobie „Piosenkę pora” (polkę) i leciała przez 2 godziny non stop. A co się tam w tym czasie działo to już nasza tajemnica, po moglibyście mnie źle zrozumieć jeśli powiedział bym Wam, że bawiliśmy się w krzakach. Około 5 w nocy zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. Posprzątaliśmy trochę i powoli rozeszliśmy się. Tak naprawdę opisałem tutaj tylko malutką część tego co się tam działo, jednak trudno by było opisać całe 11 godzin imprezy. Ogólnie mówiąc, ja lepszej osiemnastki sobie wymarzyć nie mogłem: klimat, towarzystwo, miejsce, czas, pogoda! Wszystko idealnie! Mam tylko nadzieje, że tym co tam byli podobało się choć w połowie tak jak mi. A teraz pozdrówka, bo trzeba wymienić kto tam był, a więc najpierw kobiety:
-Kaczunia- straszna szkoda, że tak krótko, ale mam nadzieje, że jak będziemy poprawiać to zostaniesz najdłużej!
-Pchełcia- heh co tu dużo mówić, bez Ciebie nie było by tej osiemnastki! Przepraszam, że strąciłem Cię z łóżka, ale co ja poradzę, że jak śpię to się wiercę. Może jeszcze pośpimy kiedyś razem i może następnym razem – masaż. Po prostu malutka, jesteś Wielka!
-Sylwia- hihihi nie daj się Sylwkowi i powoli przyznawaj mu te procenty. No i przepraszam, że wryłem Ci się na fotel.
-Celcia- oj Ty to się pośpieszyłaś. Sorki, że musiałaś na mnie czekać
Tera meny:
-Marek- bezapelacyjny król imprezy. Jak nazywał sam siebie: „Człowiek pocisk”, „Batman pedał”, „Czarodziejka z księżyca która przybyła by Was… wykorzystać!” i wiele, wiele innych. Oby tak dalej Marku, i pamiętaj co tak pachnie.
-Dziki- hehe stary góral. Następnym razem uważaj co pijesz u siebie w domu! Bo nawet mleko może czasem nie być takie dobre jak mówią na reklamie. Hej! (aha i błagam, nie opowiadaj już nic więcej!)
-Żaba- nasz dzielny kucharz. Co byśmy bez Ciebie zrobili? Pewnie z głodu pomarli. Dobrze, że zająłeś się grillem. Masz talent! Kaczusia będzie miała z Ciebie pożytek.
-Kantek- Dj Imprezy. Ja dalej nie wiem, gdzieś Ty znalazł na moim kompie taką fajną muze. Dobry z Ciebie szperacz.. Aha i zostaw Pchełcie, Ona jest pod ochroną (moją)!
-Laszku- późno przyszedłeś ale fazę dobrą nakręciłeś. Jednak co robiliśmy niech zostanie tajemnicą…
-Prezes- szkoda, że tak krótko i dzięki za prezencik hihihi…
-Daniel K- mam nadzieje, że choć w malutkim stopniu zaspokoiłeś swój wieczny apetyt.
-Michał- mogę mówić na Ciebie – czerwono skóry? Dzięki, że budziłeś mnie w kościele jak mi się przysypiało
-Sylwek- i na samym nędznym końcu Ty! To było zaplanowane. Wielkie dzięki za pomoc w przygotowaniach i w ogóle. Pamiętaj, że tradycji musi stać się zadość.
Czym by były urodziny bez dostawania życzeń. Dzięuje wszystkim za każde z nich. Chciałbym tu przedstawić niektóre (mam nadzieje, że ich autorzy nie będą mieli mi tego za złe):
hym.. życzę Ci Miłoszu ciągłego zdrówka.. szczęścia.. radości bo taki smutny codziennie chodzisz, samych słonecznych dzionków, mało złości, a najlepiej w ogóle bo to szkodzi, sukcesów w życiu.. miłości.. sexu, mniej nałogów, żadnego solarium ani alkoholu, ukończenia szkoły w planowanym terminie. Fajnej bryki a może i dwóch albo może być jakiś wypasiony rower albo ostatecznie traktor, jak najwięcej czasu na przyjemności, wielkich przyjaźni, żebyś ładnie seplenił i żeby Cię mlecze kochały, spełnienia wszystkich marzeń i tradycyjnych 100 latków!
(dodam tylko, że to od kogoś malutkiego i słodkiego)
Drogi Miłoszu wszystkiego najdziwniejszego, dużo dzikiego sexu i rożnych takich innych zabaw ze zwierzętami i mleczyków w zimie i drugiego Sylwka tylko ze z cyckami i żeńskimi narządami płciowymi i dużo włosów i to tyle 100 lat
(hihi nie powiem Wam od kogo to. Powiem tylko: Tobi rządzi!)
I najlepsze życzenia-prezent jakie kiedykolwiek dostałem! To oczywiście od Sywlusia!
Wiecie jak Dziki wracał odemnie z imprezy do domu?
PROSTO!!
Oczywiście podziękowania także dla mojej babci która udostępniła nam miejsce do zabawy i dla moich rodziców którzy byli sponsorami a także czuwali nad organizacją całej imprezy. Bardzo, bardzo Wam dziękuje.
To by było na tyle. Dziękuje wszystkim za ten jeden wyjątkowy dzień!
IV w nocy. Gość który śpi całe życie (czyli ja) nie może zasnąć. Normalnie szok, sam nie wiem, co się dzieje. Ktoś lub coś nie daje mi spać. Może to i dobrze, mam przez to trochę dłuższy weekend, no i kiedy nauczyć angielskiego na jutro (dzisiaj). I tak wyśpię się w dzień.
Myslovitz
——————————
„I nawet kiedy będę sam Nie zmienię się, to nie mój świat Przede mną droga którą znam,
Którą ja wybrałem sam
Wiesz, lubię wieczory
Lubię się schować na jakiś czas
I jakoś tak, nienaturalnie
Trochę przesadnie, pobyć sam
Wejść na drzewo i patrzeć w niebo
Tak zwyczajnie, tylko że
Tutaj też wiem kolejny raz Nie mam szans być kim chcę…”
——————————
„Nie poddaj się, bierz życie jakim jest
I pomyśl, że na drugie nie masz szans
Po co ten stres, myślisz, że nie masz nic
Każdy ma – nawet Ty
Czasem trzeba to po prostu znaleźć
Miłość, noc i deszcz, życie też
Dla tego warto starać się
Powiedz, czy naprawdę nic nie jesteś wart
Znajdź to w sobie, tak
Odetchnij więc, zastanów się
Znajdź jego sens, bierz życie takim jakie jest
I ciągle szarp, i zmieniaj je
Przed siebie idź, bierz życie takim jakie jest I zmieniaj je, i ciągle walcz, przed siebie idź”
——————————
„Dla Ciebie mógłbym zrobić wszystko
Co zechcesz powiedz tylko
Naprawdę na dużo mnie stać
Dla Ciebie zrywam polne kwiaty
Szukam tych najrzadszych
Naprawdę na dużo mnie stać
Dla Ciebie mógłbym wszystko zmienić
Mógłbym nawet uwierzyć
Naprawdę na dużo mnie stać
Najchętniej zamknąłbym cię w klatce,
Bo kocham na Ciebie patrzeć
Naprawdę na dużo mnie stać
To wszystko czego chcę
To wszystko czego mi brak To wszystko czego ja nigdy nie będę miał”
——————————
„Jeśli kiedyś wybrać będę mógł jak to zrobić
To przecież dobrze, dobrze o tym wiem
Chciałbym umrzeć z miłości
Nie na krześle, nie we śnie
Nie w spokoju i nie w dzień
Nie chcę łatwo, nie za sto lat
Chciałbym umrzeć z miłości
Nie bez bólu i nie w domu
Nie chcę szybko i nie chcę młodo
Nie szczęśliwie i wśród bliskich Chciałbym umrzeć z miłości!”
——————————
A teraz czas na kolejny odcinek Bolka i worka!
Występują:
-Bolek
-worek
-i inni
<muzyczka początkowa>
Pewnego słonecznego poranka Bolek poszedł z workiem do Kariny Złowieszczych Moli i wrócił bez.
KONIEC!
<muzyczka końcowa>
A to smutny epizod, no cóż i takie się zdarzają w życiu Bolka i worka.
Na pocieszenie mam dla Was wesołą piosenkę o Borsukach! LINK One są suuuuppeerrr! I do tego ten grzyb! Już nie mówię, że tam jeszcze jest ten wąż! Borsuki! Grzyb! Wąż! Cudowna piosenka! Borsuk, Borsuk, Borsuk! Grzyb! Dobra koniec.
A jak już jesteśmy przy Borsuku to mieliśmy z Sylwkiem dzisiaj przygodę w sklepie. Najpierw ja zaśpiewałem pani afrykańską piosenkę, a potem Sylwek kupił od niej: Kostkę ziemniaków i kilo masła. Co dziwne dostał kilo ziemniaków i kostkę masła, ale któż zrozumie kobiety. Przez to nie mogliśmy upichcić ziemniaczanego Borsuka w sosie masłowym (pychota!), może następnym razem nam się uda dokonać zakupu. A tak poza tym to pozdrowienia dla pani sprzedawczyni.
——————————
Heh Mundial, to temat ostatnich dni, więc ciężko by było go pominąć i tutaj. Po małym niepowodzeniu Polaków duch walki podupadł w narodzie. Według mnie nie ma co komentować siedząc sobie wygodnie przed TV. Grali jak grali ale w sporcie tak to już czasem jest, wiem coś o tym. Raz jest się na górze a zaraz potem można spaść bardzo nisko. Tak poza tym to mój tato rozpracował system Janasa. Oni grali tak jak grali żeby uśpić czujność niemiaszków, a w środę wezmą ich z zaskoczenia i będzie 15:0. Dzięki temu niemiaszki nie wyjdą z grupy i w ogóle będzie święto. Tylko nie mówcie nikomu bo się wyda i plan padnie.
A dla tych co zwątpili już w polskich orłów filmik trochę inny niż większość traktujących o piłce nożnej. Nie ma w nim szybkiej muzy i magicznych myków Ronaldinho, za to pokazuje on coś innego (między innymi umiejętności naszego Dudka, który teraz został niedoceniony, jaki i Beckhama który miał w swojej karierze małe potknięcie), zobaczcie sami:
I co Wy na to? Trochę wiary ludzie! Polski zespół jeszcze wróci (niekoniecznie w tegorocznych mistrzostwach)! Aha jeśli ktoś nie zrozumiał tekstów z filmiku (a są one dość ważne do uzmysłowienia sobie o co ogólnie w nim chodzi) to niech pisze w komentarzach, a Ghost Love score na pewno mu pomoże.
——————————
Ah te kobietki, ale co byśmy bez nich zrobili? Ok już kiedyś się wypowiadałem na ten temat, więc teraz tylko:
Do windy wchodzi blondynka z facetem. Facet pyta się:
- Na drugie?
- Aneta – odpowiada blondynka.
Szef do sprzątaczki blondynki:
- Pani Jadziu, proszę posprzątać windę.
- Na każdym piętrze?
Żona do męża:
- Kochanie powiedz mi coś słodkiego…
- Nie teraz, jestem zajęty.
- Kochanie, no powiedz mi coś słodkiego…
- Naprawdę, teraz nie mam czasu.
- Ale kochanie, chociaż jedno słówko…
- Miód!! Do ku**y nędzy i odpi***ol się!
Chlopak podchodzi do dziewczyny:
- Tańczysz?
- Tańcze, śpiewam, gram na gitarze.
- Co ty pleciesz?
- Plote, wyszywam, lepie garnki.
(hihihi ten ostatni jest moim zdaniem genialny!)
——————————
Ok to byłby koniec tej długiej notki. I tym sposobem minęła mi noc. OK. papa.
(Tutaj amatorski teledysk do piosenki „Jestem jaka jestem”. Taki trochę dziwny, ale milej będzie się czytać notkę jak będzie w tle sobie grało)
W minioną niedziele odbyło się w naszym mieście święto mleka (sponsorowane przez Mlekowitę i Przemyski zakład mięsny). Imprezę rozpoczęły zespoły czysto Discopolowe, ale i przy takiej muzyce da się bawić (a nie, że mi się taka muza podoba jak stwierdziła jedna z Kaś, jak nie ma tego co się lubi, trzeba się bawić przy tym co się ma), zresztą prawdziwą szkołę pokazał gościu – wielbiciel Ameryki i Andrju Lepera (pewnie sponsorowany przez Mlekowitę i Przemyski zakład mięsny), który rozkręcał imprezę. Początkowo było dość nudno, bo jeszcze nikogo nie było z naszej paczki, ale Koniu (sponsorowany przez Mlekowitę i Przemyski zakład mięsny) na scenie dawał rade i dzięki niemu dało się przeżyć, nawet gdy zaczęło padać a on z zadaszonej sceny cfaniakował, że deszcz (pewnie też sponsorowany przez Mlekowitę i Przemyski zakład mięsny) to nic. Potem zaczęli się wszyscy schodzić a na scenę wszedł zespół Toples (albo jak to mi się w szkole pomotało: Bikini – kurcze a czy to nie jedno i to samo?) (sponsorowany przez Mlekowitę i Przemyski zakład mięsny). W głośnikach poleciało ostre disco i zboczone teksty, ale co dziwne nakręciło nas to pozytywnie (mnie i Sylwka bo reszta paczki tak się nudziła, że zaczęli bawić się Liftem i ktoś ucierpiał). A na koniec totalny HIT! Zespół Łzy! (sponsorowany przez Mlekowitę i Przemyski zakład mięsny) W życiu bym nie przypuszczał, że będzie tak fazowo. Nawet Wasylka która nie dała się rozkręcić zespołowi Toples (sponsorowanemu przez Mlekowitę i Przemyski zakład mięsny) przyłączyła się do nas i dała czadu. Totalny szał, krzyk itd. itp. Dawno się tak nie wyszalałem, a gardło boli mnie do tej pory. Było bezbłędnie. Genialny zespół, klimat, prawie całe 4 LO (plus Ekonomik i 2 LO – a co!) nie dało się bawić źle. Kto nie był niech żałuje bo długo taki totalny szał się nie powtórzy. Wprawdzie szansa już w ten czwartek ale myślę, że to nie będzie to samo. Jednak zobaczymy ocenimy. Po koncercie czekał mnie jeszcze nocny spacerek (23:30) z Kmieci. Ludzie do tej pory mi się dziwią, że przeżyłem, szczerze mówiąc to sam się sobie dziwie.
——————————–
Piosenka z dedykacją…
„…Lecz nie przejmuj się nie myślę już o Tobie nocą
Bo od dawna jak Ty mnie nie kocham Cie i ja…
Ty, Ty, Ty mnie nie kochasz!
Nie kochasz mnie!
Pewnie myślisz, że skradłaś moje serce
Pewnie myślisz, że przy Tobie będę trwać.
Mylisz się nie spotkasz mnie już nigdy więcej
Nie potrafię dłużej w Twoje kłamstwa grać.
Nie mam Ci już nic do powiedzenia,
Szepnę tylko ostatnie dowidzenia!
Na sam początek SKECZ KABARETU MORALNEGO NIEPOKOJU. Oni są po prostu genialni. Śmiało mogę powiedzieć, że są lepsi od wypromowanego AMM (które teraz całkowicie wygasło, bo to co pokazują na scenie to porażka). Eh żebyście widzieli co się działo jak KMN byli w Przemyślu. Mam nadzieje, że nas (mnie i Slk) zapamiętali, po tym co tam wyrabialiśmy to na pewno. Poznałem ich więc, mogę się wypowiadać, że to świetni ludzi. A ich skecz przedstawiany przez nas odniósł sukces w mojej sql i prawdopodobnie będę przedstawiał go jeszcze raz. Tym razem dla gimnazjum które przyjdzie podziwiać naszą szkółkę.
————————————
A jeśli chodzi o wczorajszą noc to było tak fazowo, że nie uwierzycie. A jak nie uwierzycie to co Wam będę gadał. Ogólnie warto zapamiętać, że: pieczarki to zło, nie wszystko co się zaczyna na P to…, ciągi to zło, w piłkę można grać nawet brzuchem, ukraińskie disco polo rządzi, a no i oczywiście dziewczyna- fontanna też (bleeee), mechanik samochodowy na boisku to nie dobry pomysł, nowe trampki to zło, a co najważniejsze naturalna kobieca uroda jest najpiękniejsza!! Wszystkim dodatkom i mazidłom mówimy stanowczo NIE!
——————————————-
Bo im tylko, tylko o to chodzi
Abyś sam sobie szkodził
Abyś sam nie mógł myśleć
Abyś sam nie mógł chodzić
Nie potrafią się bawić, śmiać gdy w głowie mają czysto. Tak trujmy się bo jak tu się śmiać jak tak wygląda Wasz świat! Zamiast coś z nim zrobić lepiej uciec. Ale on poczeka. A później chcecie żeby Was szanować…
Wole się śmiać, cieszyć się, bawić się, gdy wiem co robie! Powodzenia ;]