
Archiwum kategorii ‘Głupie ;P’
Bez Ciebie wszystko jest głupie…
styczeń 26, 2008
Nocka 2007
listopad 15, 2007
(Scenariusz: Kantek, Reżyseria: Kantek, Udźwiękowianie: Kantek, Montaż: Kantek, I inni: Kantek)
(Wszystkie sceny świadczące od zachwianej orientacji seksualnej zostały upozorowane)
Każdy ma swój sposób spędzania czasu. Powyższym filmikiem przedstawiamy nasz własny wypracowany sposób na „imprezowanie”. Jest to film dokumentalny, opowiadający o życiu ludzi zrośniętych mózgami z komputerem. Notka miła dokładnie opisywać gagi z naszych nocek, jednak myślę, że to nie ma sensu, gdyż żartów sytuacyjnych się nie opowiada. Poza tym ja z moją genialną i pojemną pamięcią, nie pamiętam prawie nic, poza tym, że się śmiałem. Gdy oglądam ten filmik, wydaje mi się, że słowa są zbędne (Kantek dobrze to zmontował). Dokładny opis jednej z nocek był już kiedyś na blogu, przy okazji Nowego roku, więc jakieś pojęcie macie.
Tyle było by ode mnie. Teraz niech wypowie się reszta ekipy:
Michał (Calineczka, Szakira, Paszczak,…)
„Nocka… bo w życiu każdego mężczyzny nastaje taka chwila, kiedy przestaje bawić go już nudna gra w domowym zaciszu. Potrzeba zmiany, rodzi pytanie nurtujące ludzi od zarania dziejów. Mianowicie: „po co komu komputer skoro już nie sprawia przyjemności”. To okropne pytanie rodzące się w naszych umysłach, niektórych doprowadza do szaleństwa, inni popadają w alkoholizm, a jeszcze inni zaczynają czytać książki, a co najgorsze, czasami w skrajnych przypadkach ludzie porzucają komputer. Nie mogliśmy do tego dopuścić. Dlatego my: trzech długowłosych bożyszczy nastolatek… i pół-dres Kantek, postanowiliśmy zorganizować niebezpieczną, mrożąca krew w żyłach rzecz. Urządziliśmy nockę. Wiem… niektórych to może dziwić, innych bulwersować, ale zrobiliśmy to i jesteśmy z tego dumni. Nie było łatwo, powiem więcej, było ciężko. Chciałbym tą sytuację porównać do Wietnamu (bo wszyscy byliśmy w Wietnamie), ale to było gorsze. Żywiliśmy się jedynie pizzą i colą, za przyjaciół służyły nam słuchawki i monitor jasno żarzący się w nasze oczy, a dokoła nas była jedynie ciemność. Tutaj przypomina mi się pewna piosenka, wręcz hymn, zanucę więc „tralalala tralalala”. Jakże dokładnie opisuje ona sytuację w jakiej znaleźliśmy się. Jednak udało się nam, dokonaliśmy tego. W przyszłości kiedy nasze potomstwo (oprócz Kantka – on nie będzie miał dziecków) będzie chciało usłyszeć jakąś mrożącą krew w żyłach historię… nie usłyszą jej. Na koniec chciałbym dodać, że Wiedźmin super jest. xD„
Kantek (Itachi)
„Tak o to jak już mam coś napisać to napiszę. Jako, że wypowiadamy się wszyscy o nockach to jedziemy. Ogólnie to nie jestem tak jak ta banda, która ze mną te nocki organizuje i ja nie lubię całonocnych Gej party tak jak oni. Ja cenie sobie dobrą zabawę i śmiech, a co by dużo nie mówić na naszych nockach tego po prostu nie brakuje. Jeden schemat. Wpadamy, pizza, chipsy ( ja nie jadam), 7 litrów Pepsi i jedziemy. Zaczynamy oczywiście od filmu i choćby to był najpoważniejszy film jaki istnieje, opowiadający o śmierci, chorym chłopcu itd. to my i tak znajdziemy coś co będzie motywem przewodnim całej naszej nocki. W tym wypadku to była ekstra japonka (a ja lubię japonki), która była ślepa. I na samym początku, kiedy główny bohater wpada do wioski gdzie kolesie mieli takie same fryzury to myśleliśmy, że po prostu tam mają taki zwyczaj, ale jak się później okazało baaaardzo się myliliśmy. Bo ta japonka to ona ślepa była nie? No i ona nie, jednego razu tam brała udział w scenie, w której strzygła głównego bohatera nie, no i wtedy stwierdziliśmy, że to ona jest sprawczynią tych wszystkich jednakowych fryzur nie? Po tym stwierdziliśmy, że najlepsi są ślepi fryzjerzy. Nawet nie mam zamiaru przytaczać tu niewiadomo ile cytatów z naszej nocki, bo i tak byście ich nie zrozumieli, jako że są to żarty sytuacyjne i ciężko się skapować. Ale wracają to nie obejdzie się bez W3 i Q3, ta druga gierka to jest po prostu masakra na całą noc. Taka zabawa, że naprawdę jak organizujecie komputerową nockę, to tylko i wyłącznie w Quake3 albo Warcrafta 3 z tym, że Quake 3 jest nie do przebicia. Co by tu jeszcze wymodzić, a no tak, większość i tak zobaczycie na filmiku. Ja nie będę pisał kto go zmontował niech Miłosz to w swojej kwestii napisze. No i muszę wspomnieć, że gdzie byśmy nie byli czy to u Sylwka w domu, czy to u Miłosza na działce, to zawsze nam czegoś zabraknie i zawsze ja to mam w domu. Dlatego taki mój los i musze zawsze po coś iść i jakoś tak to się zawsze dzieje że idę po to z Sylwkiem, czy zima , czy lato, czy śnieg, czy deszcz my i tak musimy wrócić się do mnie po jakieś narzędzie, to 2 myszkę bo się komuś zepsuje, to aparat fotograficzny, po kable i takie tam xD ogólnie to już jest rytuał. Niedługo jak będę szedł na nockę to wszyscy u mnie w domu będą już przygotowywać wszystko i wystawiać przed dom żebym nie musiał dzwonić co chwile. To chyba tyle. Na koniec to PoOzDroWieNia Dla FfszyStkIch FfaRiaTów CO To PrZeCzyTajOm I LuBiE OstRY SeX… ToffAm WaS =)”
Slk (Dewiant)
On nie napisał nic. Jak zwykle nas olał. W takim razie napiszę coś za niego, tak żebyście myśleli, że to on:
„CeSc KoFanE ZffIeZacki! cO famm? u Mnie SyffStkoo sUpCioo. NockA mInIe sIe nIe PoDobałA, bO NaffEt nIe bYłO LaLkuFF BarBiee. yYyYyY SpKokO. TsSsSsS”
I to by było na tyle! Filmik ma się podobać! Bo jak nie…
Wiosenna pieśń radości
wrzesień 23, 2007Zainspirowany notkami (w kolejności powstawania) Kantka i Slk’a, postanowiłem także napisać notkę o piosence mówiącej o mnie. Tak więc zaczynamy!
„Idzie sobie wiosna,
słychać świergot ptaka,
ładna to piosenka tylko głupia taka. „
Ten fragment ukazuje moją przygodę z krawężnikiem. Odzwierciedla wielki upadek który z niego mnie spotkał. To było straszne. A wszystko, że szła wiosna i ptak mnie nastraszył i spadłem…
„Już przyleciał bocian i w kałuży dłubie,
mi to nie przeszkadza – dalej będzie głupiej.”
Tutaj ukazana jest przykra przygoda z bocianem. Gdy szedłem sobie łąką on mnie podziobał, a potem wpadłem do kałuży…
„Aaaaaa już jest wiosna,
Aaaaaa dłuższe dnie,
Aaaaaa kwiaty rosną,
Aaaaaa głupie, nie?”
Te cztery wersy ukazują strach który panuje w moim sercu. Strach przed wiosną i malinami. Boję się, że ktoś mnie zaciągnie do Malinowego chruśniaku i … to straszne…
„Słońce raźniej świeci,
dym się w polu snuje
- zupełnie bez sensu ale się rymuje.”
W tym fragmencie zarysowany jest mój strach przed Słońcem, gdyż koledzy z Internetu mówili że to zabija…
„ Budzi się przyroda,
już zielono wszędzie,
bać się nie ma czego – znowu refren będzie: „
Tutaj wmawiam sobie, że nie ma się czego bać. Jednakże tak naprawdę boję się strasznie gdyż niedługo będzie…
„A aaaaa już jest wiosna
A aaaaa dłuższe dnie
A aaaaa kwiaty rosną
A aaaaa głupie, nie?”
Jak kilka linijek wyżej.
„Rozmarzają rzeki,
płynie kra do morza,
- zwrotka nienajgorsza, tylko rymu nie ma.”
Tutaj ukazany jest mój strach przed wodą. Jak byłem mały mama nie zauważyła mnie wannie i spuściła z wodą. Od tej pory boję się wody i kluczy hydraulicznych numer 16ście.
„ Drzewa mają pączki,
w jajkach są pisklęta,
przyroda jak zwrotka – niedorozwinięta! „
Ten fragment opowiada o moich cechach fizycznych. Mowa w nim o jakach i o niedorozwinięciach…
„Wiosna jest po zimie
w myśl ludowych przysłów,
ja już nie mam zdrowia do tych idiotyzmów.”
Ta część ukazuje powtarzalność wszechświata. Tak jak i ja powtarzam się bo jak byłem mały spadł na mnie gramofon… gramofon… gramofon… gramofon… gramofon… gramofon…
„ Kończy się piosenka,
śniegu nie ma prawie,
pisać głupie teksty nawet ja potrafię!”
Tutaj ukazany jest koniec istnienia. Wszystko się kiedyś kończy. Nawet papier toaletowy choć wydaje się, że może się rozwijać w nieskończoność! Jak on to robi?! To jest niesamowite!
I to by było wszystko. Teraz znacie mnie doskonale. Nic więcej nie mam o sobie do powiedzenia.
Mietek morderca
wrzesień 16, 2007
OSTRZEŻENIE! To, co wydarzyło się dzisiejszego dnia mrozi krew w żyłach, więc czytelników o słabych nerwach proszę o nie czytanie dalej.
Był to zwykły dzień, jak co dzień. Pogoda dopisywała nic nie zapowiadało grozy jaka miała się wydarzyć. Postanowiłem, więc zająć się swoimi słuchawkami. Wyciągnąłem więc mą lutownicę. Jak sobie wtedy uświadomiłem kabel zasilający był urwany a przewody połączone mechanicznie lecz niezaizolowane. Oznaczało to, że wystarczyło się lekko dotknąć a cały prąd płynął by przez nas. Wyobraziłem sobie tylko jaki to prąd musi być, żeby tak rozgrzewać knot lutownicy… Postanowiłem położyć na ten uszkodzony fragment kabla moją reklamówkę z częściami żeby się zabezpieczyć. Zadowolony z genialnego pomysłu przystąpiłem do lutowania. Wszystko przebiegało zgodnie z planem (poza tym, że słuchawki nawet po naprawie nie działają) aż tu nagle… Mietek (mój kot) wszedł cichcem do pokoju. Nie zwróciło to mojej uwagi gdyż chodzi tam i z powrotem 100 razy dziennie i to okazało się błędem. Skupiony na łączeniu przewodów poczułem, że coś ociera się o moją nogę. Gdy spojrzałem w dół ujrzałem kota łaszącego się do mnie. Dzielnie zignorowałem go gdyż miałem ważniejsze sprawy i to był drugi błąd. Po chwili poczułem, że coś co ociera się o moją nogę jest trochę bardziej sztuczne i twarde niż mój kot. Gdy spojrzałem w dół spostrzegłem, że … mój kot ciągnie urwany kabel ogonem i ociera go o moją nogę powoli zbliżając ją do urwanego fragmentu kabla! (tu czas na Wasze przerażenie) Tak jest! Morderczy kot zaatakował! Gdyby nie moja szybka i natychmiastowa… panika, mogło by mnie tu nie być. Teraz czekam na kolejny atak morderczego Mietka… ciekawe co ten cudak wycudaczy…
Kocham asfalt
sierpień 30, 2007Historia zaczęła się wczesnym rankiem, gdy wszyscy już wstali, bo to pewnie nawet nie był ranek, ale ważne jest to, że ja spałem. Mianowicie w tym wyżej opisanym momencie udało mi się wstać. Od tej chwili aż do około 18 zostałem przyciągnięty i siłą wyższą pozostawiony przy komputerze oglądając beznadzieje anime „Death Note”, które w ogóle mnie nie interesuje i nie wciąga (koniec sarkazmu), z chwilową przerwą na kilkanaście zadanek z matmy. O tej godzinie wpadłem na rewelacyjny pomysł: „Rower, rower, rower…” Jak pomyślałem tak zrobiłem. I w tym momencie zaczyna się przygoda. Wszyscy, którzy zasnęli na wstępie proszeni są o kontynuowanie drzemki gdyż dalej nie wydarzy się nic wartego uwagi a tym bardziej przerywania jakże ważnego dla zdrowia snu. Wracając do historii… wyruszyłem, więc przed siebie. Gdy dojechałem „Gdzieś-tam” (zapamiętajcie to miejsce, bo będzie się pojawiać wielokrotnie w mojej opowieści gdyż mój zmysł orientacji jest znikomy, ale o tym potem…) znalazłem się o dziwo w miejscu, w którym zaplanowałem się znaleźć i wyruszyłem lasem, serpentynami w górę. Gdy już dotarłem tam gdzie wyżej już nic nie ma, ujrzałem dróżkę rowerową (którą widziałem już setki razy) i wpadł mi do głowy genialny i zaskakujący pomysł: „Rower, rower, rower…” jak pomyślałem tak zrobiłem i udałem się za znakami wyznaczającymi trasę ścieżki. I jechałem, i jechałem…, po czym okazało się, że to nie jest taka sobie ścieżka tylko jakaś ścieżka… tylko, że długa… długa ścieżka… czy jak to nazwać… ważne, że było długie. I tym sposobem dojechałem Gdzieś-tam gdzie nie było widać domu mego ani miasta. Ale jeszcze było widać słońce na horyzoncie, więc nie przeszkadzało mi to zbytnio. Tym sposobem odjechałem gdzieś jeszcze dalej i ukazał się moim wszystko widzącym oczom widok zachodzącego słońca: „Łaaaał słońce… zachodzi…. Łał jak ładnie…” (po kilku minutach) „Zachód słońca? Skąd wzięła się ta nazwa? … Aaaa!! Zaraz będzie ciemno – zamknij się! – Ciemno, a co mi tam jak mam lampkę z nowymi bateryjkami! Ha! Lampka mnie ocali!” Jak pomyślałem tak zrobiłem. W chwili tej spostrzegłem, że lampka mi nie działa: „Ja to naprawie! (stuk stuk) Nie da się!!” Tutaj zaczęła się panika i czas wielkiej zadumy: „Hmmm hmmm rower, rower, ciemno ooooo ciemno, rower, rower…” jak pomyślałem tak zrobiłem i pojechałem przed siebie. I tak jadę i jadę i straciłem już wszelką nadzieję, gdy ujrzałem przed sobą jakiegoś Kicajca skaczącego myślę sobie: ”Jeee jestem uratowany! Z głodu nie umrę!… Ee przecież ja nie jem zwierzątek! Damn it! Umre!!” Wtedy wydarzyło się coś strasznego: „Aaaaaaa!” to było niewiarygodne! Przede mną ukazał się straszny, przerażający, krwiożerczy… Strach na wróble!! Przez kolejne 500 metrów byłem zajęty uciekaniem, bo on był naprawdę krwiożerczy i tak dziwnie się na mnie patrzył i w ogóle. Ale słyszałem, że on jada tylko wróble, więc odległość 500 metrów wydała mi się bezpieczna żeby zwolnić. Tym sposobem znalazłem się na rozstaju dróg. Jedna dróżka prowadziła w dół a druga ku zaskoczeniu wszystkich w górę. Wtedy przypomniały mi się słowa Gandalfa który był wielkim mędrcem: „Coś tam coś tam… w dół jest łatwiej idź pod górę… coś tam coś tam” więc zrobiłem takowo jak powiedział. Gdy wyjechałem wyżej ujrzałem z góry drugą ścieżkę i to dokąd prowadziła… cmentarz. Bardzo wymowna to była lekcja, odtąd zawsze chodzę pod górkę… a tym bardziej jeżdżę. Ale nie było czasu się nad tym zastanawiać gdyż zrobiło już się zupełnie ciemno a wtedy jedyne co sobie myślałem to: „Aaaaa!” I tak jadąc dalej w końcu dotarłem do jakiejś cywilizacji! Gdzieś daleko, daleko przed sobą ujrzałem Przekaźnik. To odkrycie uświadomiło mi, że jestem na południe od Przemyśla. Moja znajomość geografii nigdy nie było za dobra i do tego dotyczyła tylko terenów na północ od Przemyśla. Jak dla mnie to niżej nie było już nic. I tym sposobem zostałem odkrywcą! Jednak coś tam jest. I ludzie tam są! Postanowiłem się nazwać to miejsce imieniem odkrywcy: Miłoszolandia! A ludzi tam mieszkających jego imieniem, i tak wszyscy nazywali się Miłoszami. I jechałem tak i jechałem i machałem do Miłoszów, a w duszy współczułem im takiego głupiego imienia. I tak jechałem i jechał, robiło się coraz bardziej cywilizowanie, więc doszedłem do wniosku, że opuszczam Miłoszolandie. I tym sposobem znalazłem się w Przemyślu. Ma radość nie znała granic. Tak wracałem szczęśliwy a tu nagle mój rower cosik zaczął narzekać: „Co? Do domu? Nie bądź knopers? Ta hono gdzieś pojedziemy? Ta co będziemy robić w domu? Ta w domu ludzie umierają? Ta hono! Nie bądź pimpek! Ta…” I tym sposobem zdecydowałem się na nocny wyjazd pod Przekaźnik który tak mi świecił z daleka. Po drodze wpadłem do rowu ciesząc się, że nie wpadłem do niego jak będę zjeżdżał. Po czym udałem się do domu! I to Ci cała historyja! Pora wstawać! Tak żem to napisał żeby zapełnić miejsce bo wakacje się kończą a Kantek nie skleił dla Was filmiku z którym miała powstać ciekawsza notka (jak ktoś zacznie go molestować to może w końcu się za to weźmie). I to byłby koniec.
Wakacyjna piosenka!
czerwiec 24, 2007Z okazji tego, że zaczęły się nam wakacje! Chciałbym przedstawić Wam wakacyjną piosenkę! Z nią nie sposób się nudzić! Jest idealna na każdą imprezę, rozkręci największych sztywniaków. Po prostu szał!
Holiday
Holiday
It’s the best day
Ice-cream day
I am only happy
When I have
Holi… day
Holiday
Holiday
It’s the best day
Ice-cream day
I am only happy
When I have
Holi… day
Holiday
Holiday
It’s the best day
Ice-cream day
I am only happy
When I have
Holi… day
Komisja wojskowa
luty 14, 2007Z okazji dzisiejszego dnia (14 Luty) powstała ta oto notka. Myślicie pewnie, że będzie o miłości itd. itp., ale nieeee! Notka będzie o Komisji Wojskowej! Tak, tak! Właśnie to mnie dzisiaj czeka. Tak sobie myślę, że jakbym podał adres do niektórych notek z tego bloga to automatycznie dostał bym kategorie E, ale to nie będzie takie łatwe. Będę się musiał trochę bardziej postarać. A tymczasem kilka dowcipów o komisji wojskowej! Let’s smurf!
Komisja wojskowa…:
- Zawód ojca?
- Ojciec nie żyje.
- Ale kim był?
- Gruźlikiem.
- Ale co robił?!!
- Kaszlał.
- Ale z czego żył? Z tego się przecież nie żyje.
- No to przecież mówię, że nie żyje…
- Do you speak English?
- Hee?!
Pytają następnego:
- Do you speak English?
- Hee?!
I następnego:
- Do you speak Eglish?
- Yes, I do.
- Hee?!
Chłopak z trudem odczytuje z tablicy największą literę.
Lekarz decyduje:
- Zdolny do walki z czołgami.
Kowalski poszedł na komisję poborowa. Po badaniach, wziął go na rozmowę seksuolog.
Narysował mu kółko:
- Kowalski, co to jest ?
- Goła baba…
Narysował mu kwadrat:
- A to?
- He, he, goła baba…
Na koniec, narysował mu trójkąt:
- No a to, przyjrzyjcie się dobrze.
- Też goła baba…
- Kowalski, wy jesteście zboczeni!
- Jaaa?! A kto mi te gołe baby rysował?
Okulista zasiadający w komisji wojskowej pyta poborowego:
- Czy widzicie tam jakieś litery?
- Nie widzę.
- A widzicie w ogóle tablice?
- Nie widzę.
- I bardzo dobrze, bo tam nic nie ma! Zdolny!
A jak to bywa… po komisji przychodzi czas do wojska:
- Nowak, kim jesteś w cywilu?
- W cywilu – panie sierżancie – to ja jestem PAN NOWAK.
Spadający jak kamień spadochroniarz krzyczy do mijanego w powietrzu kolegi:
- Oj się nie otworzył! Szczęście, ze to tylko ćwiczenia!
Kapral mówi do szeregowca:
- Masz żetony telefoniczne?
- Jasne, stary!
- Masz mówić: Tak jest panie kapralu! A wiec masz żetony telefoniczne?
- Nie panie kapralu!
Czasoprzestrzeń w wojsku jest wtedy gdy kapral powie :
- Sprzątaj korytarz od tego miejsca aż do obiadu.
Dwóch komandosów tuz przed akcja:
- Ok. Zsynchronizujmy zegarki! Ja mam 12:00.
- Ja mam za dwie 12.
- No dobra… Poczekamy te dwie minuty…
Szeregowemu Kowalskiemu zmarła matka. Kapitan zleca kapralowi, by w jakiś delikatny sposób przekazał smutną wieść żołnierzowi. Kapral robi zbiórkę plutonu.
- Szeregowi, którym zmarła matka… trzy kroki wystąp!
Wystąpiło kilu.
- Szeregowy Kowalski, dwa dni paki za niewykonanie rozkazu!
- Czemu ten pluton tak krzywo stoi?!? – pieni się kapral.
- Bo ziemia jest okrągła – mówi jeden z żołnierzy.
- Kto to powiedział?!?!
- Kopernik.
- Kopernik wystąp!
- Przecież umarł.
- Czemu nikt mi o tym nie zameldował?
-Co ma żołnierz pod łóżkiem?
-Posprzątać
-A co ma żołnierz w szafce?
-Porządek
- Co żołnierz ma w spodniach?
- Żołnierz ma w spodniach chodzić.
Podczas zbiorki kompanii kapral mówi do żołnierzy:
- Ci, co znają się na muzyce – wystąp!
Z szeregu występuje czterech.
- Pójdziecie do kapitana. Trzeba mu wnieść pianino na ósme piętro.
Z pamiętnika żołnierza:
- Poniedziałek. Idziemy na ćwiczenia. Spotkaliśmy dziewczynę, to ja w krzaki! To był dobry dzień…
- Wtorek. Idziemy na ćwiczenia. Spotkaliśmy chłopaka, to go w krzaki! To był dobry dzień…
- Środa. Dostałem przepustkę, idę na piwo. Spotkali mnie żołnierze idący na ćwiczenia. To był zły dzień…
Sierżant uczy żołnierzy młodego rocznika topografii:
- Rozróżniamy cztery części świata: wschód, zachód, północ i południe.
- To nie części a strony! – protestuje jeden z żołnierzy.
- Głupstwa gadacie! Strony są w gitarze!
Pewnego razu do wojska stacjonującego na pustyni przyjechał generał, no i pyta żołnierza jak tam jego życie seksualne, a on mówi:
- No, niby do miasta daleko, ale mamy taka stara wielbłądzicę, wiec nie ma problemu.
Pyta drugiego, a on też odpowiada mu to samo, pyta trzeciego a ten znowu odpowiada mu to samo, w końcu generał kazał się zaprowadzić do tej wielbłądzicy. Wychodzi od niej po pól godziny i mówi: – No, ta wasza wielbłądzica jest stara, ale jeszcze może być.
- Jasne, że może być – do miasta zawsze można dojechać.
- Szeregowy Oferma! Już po raz trzeci w tym miesiącu prosicie o przepustkę z powodu nagłej choroby dziadka.
- Tak jest panie sierżancie. Sam już się nawet zastanawiałem, czy dziadek nie symuluje.
Chłopak z kompanii łączności na randce z dziewczyna poszedł do parku. Usiedli na ławce i nic do siebie nie mówią. W pewnym momencie on mówi:
- Kochanie.
- Słucham.
- Nic, sprawdzenie słyszalności.
- Z kim mieliście ostatnio stosunek?
- Melduję, że z wiewiórą.
- Zboczeniec! A wy?
- Melduję, że też z wiewiórą.
- A wy? Też z wiewiorą?
- Melduję, że nie.
- Dam wam nagrodę za wzorowe zachowanie. Jak się nazywacie?
- Wiewióra.
- Obywatelu majorze, czy w warunkach bojowych kolba karabinu moźe być wykonana z drzewa genealogicznego?
- W warunkach bojowych, tak.
A na koniec ! Wielki news! Blog Pchełki został reaktywowany! Więc jeśli ktoś lubi posłuchać dobrej muzyki lub interesuje się tym tematem to jest to miejsce dla niego! Naprawdę polecam:
Ma ma ma tematyka
luty 7, 2007Ha! Nie będzie śmiechu! Dzisiaj będą dowcipy z których się nie pośmiejecie! Będzie się uczyć to będziecie się śmiać. A wszystko dlatego, że dzisiaj będą dowcipy MATEMATYCZNE! A wszystko dlatego, że pewna grupa osób śmiała nie śmiać się z mojego dowcipu o cewce indukcyjnej w słuchawkach… Teraz macie za swoje. Kolejnym powodem tej notki jest to, że powoli zaczynają mnie śmieszyć tylko takie dowcipy. Co to technikum i ślęczenie codziennie nad matmą ze mną robi? Ale cóż… zaczynajmy!
Najpierw chciałbym przedstawić Wam rozmowę, która wywiązała się między mną a kumplem, gdy potrzebowaliśmy poruszyć temat intymny, idą przez środek miasta. Co niektórzy może zrozumieją o co chodzi… a reszta niech się uczy!
(Po ujrzeniu dorodnego osobnika płci przeciwnej)
M1- hmmm zauważyłeś, że czas propagacji u mężczyzn jest za długi?
M2- rzeczywiście… szczególnie, gdy amplituda sygnału wejściowego jest tak duża jak teraz
M1- heh jak dobrze, że zgodność łączeniowa jest wystarczająca
M2- i jakże uniwersalna
M1- byle nie dopuścić do spadku napięcia w czasie mniejszym niż stała czasowa…
M2- noo….
(Dziewczyny idące niedaleko zaczęły się nam dziwnie przyglądać więc rozmowa się skończyła)
Ha! I tak to właśnie było! Niesamowita i jakże ekscytująca opowieść. Jest wspaniałym wstępem do tej notki. Gdyż cała notka będzie przesiąknięta matematyką! Wiem, że się cieszycie…
Na rozgrzewkę kilka żartów:
Grupy inżynierów i informatyków jechały pociągiem na konferencję. Każdy z inżynierów miał swój bilet, a grupa informatyków miała tylko jeden bilet na wszystkich. Inżynierowie śmiali się i żartowali z informatyków, nagle jeden z informatyków mówi:
- Idzie konduktor! – i wszyscy poszli do toalety.
Inżynierowie byli zaintrygowani.
Konduktor wszedł i mówi:
- Bilety poproszę – i skasował bilety wszystkim inżynierom.
Potem poszedł do toalety, zapukał w drzwi i mówi:
- Bilet proszę – wtedy informatycy przesunęli bilet pod drzwiami.
Konduktor skasował bilet i poszedł, a informatycy wyszli z toalety kilka chwil później. Inżynierowie czuli się naprawdę głupio.
W drodze powrotnej z konferencji inżynierowie kupili sobie jeden bilet. Zaczęli się naśmiewać z informatyków, którzy nie mieli ani jednego biletu na całš grupę.
Nagle jeden z inżynierów mówi:
- Konduktor idzie! Wszyscy informatycy poszli do toalety, a inżynierowie do drugiej.
Zanim pojawił się konduktor jeden z informatyków wyszedł, podszedł do drzwi od drugiej toalety, zapukał i powiedział:
- Bilet poproszę…
Matematyk i chemik spędzali noc w sąsiednich pokojach hotelowych. Wśrodku nocy rozległ się nagle alarm przeciwpożarowy. Chemik pierwszy wyskoczył z łóżka, włożył buty i wyjrzał na korytarz. Kiedy zobaczył kłęby dymu poszukał strzałek wskazujących wyjście awaryjne, dotarł do schodów pożarowych i zaczął po nich zbiegać. Matematyk wyjrzał na korytarz chwilę później i zobaczywszy, że jego kolega biegnie do wyjścia awaryjnego, podążył za nim. Kiedy jednak przekonał się, że zbiega on po schodach, wrócił do sw ojego pokoju i położył się do łóżka – spokojny, że istnieje rozwiązanie problemu.
Pewnego dnia inżynier, fizyk i matematyk otrzymali zadanie do wykonania. Zadanie polegało na tym, aby stojąc na ziemi z dostępnej ilości siatki ogrodzić jak największy teren. 1. Inżynier, stworzył idealny kwadrat i odszedł z dumą. 2. Fizyk, zakreślił idealne koło i pewny wygranej również odmaszerował. 3. Matematyk. Ten zrobił coś dziwnego. Poustawiał siatkę byle jak, tak aby grodziła “w miarę” mały teren. Następnie wskoczył do środka i zadeklarował, że jest na zewnątrz…
Trzech mężczyzn obserwuje dom. W pewnym momencie do domu wchodzą dwie osoby. Za pół godziny wychodzą trzy.
Biolog mówi: Rozmnożyli się.
Fizyk: Nie, to błąd pomiaru.
Matematyk: Jak do środka wejdzie jeszcze jedna to dom będzie pusty…
Matematyk, Fizyk i Inżynier otrzymali identyczny problem do rozwiązania:
Udowodnić, że wszystkie liczby nieparzyste większe niż dwa są pierwsze.
Rozwiązali:
Matematyk: 3 jest liczbą pierwszą, 5 jest pierwsza, 7 też, 9 już nie – sprzeczność – twierdzenie jest fałszywe.
Inżynier: 3 jest liczbą pierwszą, 5 jest pierwsza, 7 też, 9 jest pierwsza, 11 jest pierwsza..
Fizyk: 3 jest liczbą pierwszą, 5 jest pierwsza, 7 też, 9 już nie – błąd przypadkowy eksperymentu, 11 jest pierwsza…
Fizyk zapytany na egzaminie, ile wynosi pierwiastek z dwóch, odpowiada:
- To wartość rzędu jedności.
Zapytany o to samo inżynier wyciąga suwak logarytmiczny (czy ktoś jeszcze teraz to pamięta?) i oblicza:
- To jest około 1,41.
Gdy zaś poprosić o odpowiedź ekonomistę, ten zamyka drzwi do pokoju, zbliża się do egzaminatora i pyta szeptem:
- A ile pan chce, żeby to było?
Pewnego razu egzaminator zapytał studenta:
- Jak można zmierzyć wysokość budynku za pomocą barometru?
- To bardzo łatwe – odpowiedział student – trzeba wejść na dach budynku, przywiązać barometr do długiego sznura i opuścić go tak, że dotknie powierzchni gruntu; potem wystarczy wciągnąć go, mierząc długość sznura – będzie ona dawała szukaną wysokość.
- Czy to jedyna metoda, jaką pan zna? – zapytał zaskoczony profesor.
- Ależ nie, można jeszcze, na przykład, zrzucić barometr z dachu budynku, mierząc czas jego spadku na ziemię; potem wystarczy tylko skorzystać ze szkolnego wzoru na drogę w spadku swobodnym.
- I to już wszystko , co pan wie na ten temat? – rzekł coraz bardziej zdenerwowany egzaminator.
- Znam jeszcze inne metody wyznaczania wysokości budynku za pomocą barometru – odpowiedział ze spokojem student.
- Proszę więc je podać – wykrzyknął zniecierpliwiony profesor.
- Można, na przykład, wchodząc po schodach na dach, przykładać niesiony barometr do ścian klatki schodowej i zaznaczać kolejne jego długości; potem wystarczy tylko policzyć te znaczki i to daje wysokość budynku w jednostkach długości barometru. Można też, jeżeli dzień jest słoneczny, zmierzyć długość barometru i jego cienia, a następnie długość cienia budynku, skąd przez prostą proporcję obliczamy wysokość budynku. Jeśli ktoś woli bardziej wyrafinowane metody, to może przywiązać barometr do kawałka sznurka, żeby zrobić proste wahadło, a potem zmierzyć okres wahań tego wahadła na powierzchni gruntu i na dachu budynku. Wykorzystując wzór na okres wahadła, można wyznaczyć z tych pomiarów efektywne wartości przyspieszenia ziemskiego, a stąd – posługując się prawem grawitacji Newtona – w zasadzie obliczyć wysokość budynku. Ale ja uważam – ciągnął dalej niezmieszany student, nie zwracając uwagi na mdlejącego z wrażenia profesora – że najdokładniejszy wynik otrzymałbym, zanosząc ten barometr do biura zarządcy budynku. “Mam tu ładny barometr – powiedziałbym do zarządcy – i podaruję go panu, jeśli poda mi pan dokładną wysokość budynku”.
- Czy naprawdę nie zna pan konwencjonalnej odpowiedzi na zadane pytanie? – wyszeptał zrezygnowany egzaminator.
- Ależ znam, tylko to takie nudne, więc chciałem wymyślić coś bardziej oryginalnego
W pociągu jadą: astronom, fizyk i matematyk. Widzą czarną krowę przez okno.
Astronom: – O, krowy w tym kraju są czarne!
Fizyk: – Dla ścisłości, w tym kraju jest przynajmniej jedna czarna krowa…
Matematyk: – Co wy wiecie o ścisłości. W tym kraju co najmniej jedna krowa jest czarna co najmniej Z JEDNEJ STRONY!
Twierdzenie o lokalnych geniuszach. Dla każdego matematyka istnieje otoczenie, w którym jest on najwybitniejszy.
Fizyk doświadczalny, fizyk teoretyk i matematyk zostali eksperymentalnie zamknięci na tydzień w celach więziennych. Każdemu dano 1 sztukę konserwy tyrolskiej w puszce. Po tygodniu kolejno otwierano ich cele. Fizyk doświadczalny czuł się świetnie, zauważono, że ściany jego celi były mocno zaplamione.
- Jak udało się panu przetrwać?
- Rzucałem puszką o ścianę tak długo, aż zaczęła pękać i mogłem ze ścian zlizywać jej zawartość …
W celi fizyka teoretyka na ścianie wydrapane były kilometrowe wzory, całki, pochodne itp. W jednym miejscu ściana była silnie zaplamiona. Sam fizyk teoretyk siedział pośrodku syty i zadowolony.
- Jak udało się panu przetrwać?
- Obliczyłem kąt i optymalną siłę rzutu, przy której puszka się otwiera.
W celi matematyka znaleziono zimne ciało. Obok stała ciągle nieotworzona konserwa tyrolska, a na ścianie wydrapane było tylko jedno zdanie: “Dany jest walec…”
Na długim korytarzu na środku ustawiono piekną dziewczynę, natomiast na przeciwnych krańcach kazano stanąć matematykowi i fizykowi. Mogli zbliżać się do dziewczyny w skokach – za każdym skokiem mogli pokonać połowę odległości dzielącej ich od piękności. Fizyk zaczął iść, a matematyk stoi.
Pytają się matematyka, dlaczego stoi?
- Bo w skończonej ilości kroków nie uda mi się dojść.
Pytają się więc fizyka dlaczego idzie:
- Jasne, że wiem o tym co matematyk, ale to jest bardzo dobre przybliżenie.
Pewnego razu matematykowi zepsuł się kaloryfer. Zadzwonił po hydraulika. Ten przyszedł, popukał postukał i naprawił uszkodzenie. Matematyk się ucieszył, spytał o cenę. Hydraulik zażyczył sobie odpowiednią liczbę złotówek.
Panie, ale to połowa mojej pensji – powiedział matematyk.
To gdzie pan pracujesz? – spytał hydraulik.
Na uniwersytecie, jestem matematykiem.
Eeeee… nie warto. Chodź pan do nas. Postukasz, popukasz i zarobisz 3 razy więcej. Tylko przy zgłoszeniu niech pan poda wykształcenie podstawowe, bo u nas wyższe nie jest najlepiej widziane – poradził hydraulik.
Matematyk zrobił jak mu radzono. Zarabiał 3 razy więcej, postukał, popukał, żadnych problemów, żyć nie umierać …
Ale wyszło zarządzenie, że należy podwyższyć kwalifikacje. Więc matematyk musiał pójść na kurs dokształcający. Siedzi na lekcji w klasie, pani nauczycielka zaczęła lekcję – Zobaczmy, co pamiętamy z matematyki. Jaki jest wzór na pole koła?
Padło na matematyka. Musiał iść do tablicy. Niestety matematyk wzoru zapomniał, więc zaczął go wyprowadzać. Zapisał jedną tablicę, drugą i wyszło mu minus pi*r^2. Ten minus mu się nie podobał więc zaczął wszystko od początku, ale znowu wyszło to samo. Popatrzył więc na klasę z nadzieją, że ktoś mu podpowie. A cała klasa szeptem: “zmień granice całkowania, zmień granice całkowania”.
Macie już dość?! To nie dobrze! Bo teraz seria żartów z serii „Przychodzi … do lekarze…”
Przychodzi logarytm do lekarza,
a lekarz mówi: co panu tak wolno rośnie?
Przychodzi sinusoida do lekarza,
a lekarz mówi: znowu ma pani okres?
Przychodzi stożek do lekarza,
a lekarz mówi: coś pan taki ścięty?
Przychodzi zbiór do lekarza,
a lekarz mówi: jest pan skończony!
Przychodzi pamięć do lekarza,
a lekarz mówi: kto panią tak skasował
Przychodzi liczba do lekarza,
a lekarz mówi: jest pani pierwsza!
Przychodzi wektor do lekarza,
a lekarz mówi: kto pana tu skierował?
Przychodzi zmienna do lekarza,
a lekarz mówi: pani tu nie stała!
Przychodzi jedynka do lekarza,
a lekarz mówi: pani nie jest pierwsza!
Przychodzi wielomian do lekarza,
a lekarz mówi: uwaga, stopień!
Przychodzi zbiór pusty do lekarza,
a lekarz mówi: następny proszę!
Heh i to już niestety koniec matematyczny żartów na dzisiaj… wiem, że będziecie się smucić, ale niestety nie ma więcej jakże śmiesznych żartów. Wprawdzie nie sądzę żeby ktokolwiek dotarł aż tutaj, ale dla wytrwałych, filmik!
Hmm chyba już nie będę przynudzał. Dam Wam spokój. Jeśli nie zrozumieliście niczego z dzisiejszej notki znaczy się, że kiepsko z Wami! Pozdrówki i niech matematyka będzie z Wami!!
Matematyka jest jak kobieta – trzeba ją umieć wykorzystać, a nie zrozumieć!!
Drags are bad!
styczeń 5, 2007Kilka „newsów”
Mija sobie czas a razem z nim minęły mi praktyki. Od poniedziałku znowu szara szkolna rzeczywistość pełna tranzystorów, skomplikowanych wzorów i twierdzeń których nikt z nas (młodych) nie rozumie a tym bardziej nie wie po co je znać (choć potem przeważnie okazuje się, że jednak się przydają). Tym czasem pozostaje mi cieszyć i korzystać z ostatnich chwil wolność, co też robię siedzą o 5 rano i pisząc tę notkę.
Jak możecie zaobserwować pojawił się na mym blogu nowy gadżet. Teraz czytając te nudny notki możecie się jakoś wspomagać muzyczką żeby nie zasnąć. Jednak nie spodziewajcie się jakiś super nowych hitów i znanych artystów gdyż w serwisie który to udostępnia, są piosenki artystów mało znanych, którzy udostępniają swoje utwory za darmo.
Na długie jesienno- zimowe wieczory znalazłem sobie ostatnio bardzo ambitne zabaw. Jak szybko napiszecie alfabet lub jak daleko wystrzelicie chomika?
Nowy rok
Już narzekałem na to, że czas mija i skończyły się praktyki, ale jakby tego było mało to jeszcze zmienił się nam rok. Jest to czas na refleksje nad minionym rokiem a także moment na wyznaczanie sobie noworocznych postanowień. Jakoś jednak żadna z tych rzeczy mnie nie dotknęła. Może przez to, że żyję na bieżąco. Co chce zmienić zmieniam to od razu nie zostawiając tego na później. A refleksje? Także przychodzą od razu, czego nie przemyślałem wcześniej to z pewnością nie pamiętam już tak dobrze żeby wyciągnąć z tego prawidłowe wnioski. Jednakże nie o tym miałem pisać (ja to się zawsze rozgadam o tym co nie trzeba), a mianowicie o samym zakończeniu minionego roku. Choć zapowiadało się na totalną klapę, było lepiej niż kiedykolwiek przed laty. Może właśnie przez to, że do ostatniej chwili jeszcze nie wiedzieliśmy jak to będzie: co będziemy robić, gdzie, z kim, itd. Itp. A z naszych tajnych „narad” wynikało tyle co zawsze czyli coś w stylu „bo co taki dobry placek z czereśni musi…?”. Ale tacy to już z nas mędrcy, w takich sprawach nigdy nie potrafimy się poważnie dogadać. Ostatecznie wszystko świetnie się udało. Szczegółów nie da się opisać bo jest tego za wiele, a ja z pewnością nawet połowy z tego co się tam działo nie pamiętam. Tak to już jest, gdy przez cały wieczór padnie jeden żart to każdy go zapamięta i wszyscy będą się z niego śmiać jeszcze przez tydzień, ale jak leci „śmiechawa” non stop to nie pamięta się niczego… I w takiej to ja jestem właśnie sytuacji. Niektórzy z Was wiedzą co się dzieje jak zbierzemy się w trójkę (ja, Sylwek i Kantek) i każdy ma w miarę dobry humor. To teraz wyobraźcie sobie sytuacje gdy każdy z nas był genialnie nastawiony już od samego rana a jak by było mało siedzieliśmy i nakręcaliśmy się nawzajem przez 19,5 godziny bez przerwy (do tego na początku dołączył się Diabeł- a ten ma “zryte gadki jak nikt). Naprawdę zabrakłoby mi słów żeby to opisać nawet jakbym potrafił. Ale biorąc pod uwagę tylko to czym się zajmowaliśmy to:
- dostałem doszczętnie zniszczony przez Diabła (to ksywa) w Quake’a, co zaowocowało dołem psychicznym prawdopodobnie do końca życia
- zniszczył mnie także w Worldcraft’a
- Kantek postanowił, że w nowym roku będzie „chiiilllll”- a dokładnie taki „chilllll” jak Tyler z „Step up”, a w tym celu zapisze się na balet i do „Azetek”- a potem była nieskończona ilośc fazowych opowieści co to nie będzie robił… (a to wszystko podczas “oglądania” filmu)
- Sylwek początkowo zajmował się swoim wyjątkowym gościem, jednak potem dał taki popis czarnego dowcipu (i oczywiście nie tylko), że choć zwyczajnie takie rzeczy w życiu by mnie nie śmieszyły to jednak nie dało się wytrzymać, to było mistrzostwo (nic nie poradzę, ale dalej jak tylko sobie to przypomnę wybucham śmiechem, a na pytania „o co chodzi?” musze zmyślać, że nic takiego- jednak tego dowcipu lepiej nie podawać dalej, a poza tym żartów sytuacjach się nie opowiada).
- podczas tych 19,5 godzin (start 18:30 31.12.2006, koniec 13:00 1.1.2006) groził nam zgon poprzez zachłyśnięcie Coca-colą lub zadławienie chipsem praktycznie za każdym razem jak próbowaliśmy coś skonsumować (szczególnie trudne było śniadanie). Jedzenie koło tych dwóch dogadujących co chwile to naprawdę sport ekstremalny.
- żeby tradycji stało się zadość musiałem coś zniszczyć, zdemolować, zbić, zalać. Tym razem po calutkiej nocy bezstratnego chodzenia po ciemku między szklankami postawionymi na podłodze, gdy nastał ranek i zrobiło się jasno właśnie ja jak ciele musiałem wleźć i przewrócić świeżo napełnioną szklankę. Reakcja Sylwka była imponująca: przez jakieś 5 min zamiast mi pomóc stał i krzyczał „Maaammoooo! A Miłosszzz wyllałłłł… wesss goooo! Mammoooooo daj coś! Mamooooo!!…). Jak kiedyś przy nim zapali mi się ubranie to nawet nie liczą na szybki ratunek…
- śniąc moje wegetariańskie sny wymyśliłem wierszyk:
„Sok z marchwi, zamiast schabowego ser.
Życzę Wam: Happy New Year!”
- Sylwek napadł na dresów (kibiców Czuwaju) krzycząc na cały most: “Drechy!! Drechy!! Polonia! Polonia!!” ku memu wielkiemu zaskoczeniu! Jednak widać byli w dobrym humorze gdyż został zignorowany.
- nie udało nam się zgadać do ładnej pani kasjerki w The Billi
- Kantek postanowił, że od nowego roku będzie dobrym człowiekiem, co objawiało się bardzo dziwnymi czynnościami i zachowaniami (np. podłączenie komputera dobremu człowiekowi zajmuje 15 min, gdzie takiemu złu jak ja zajęło to 30 sek.)
- w kościele fajny Pan Organista zbudził nas uderzeniem o klawisze (gdyż specjalnie usiedliśmy sobie tuż przy głośniku), chyba, że to wynikło z tego, że sam sobie przysną i mu się nacisnęło przez przypadek (chociaż cieszył się do nas, to nie wiem).
- a na koniec wszyscy odchorowaliśmy tą imprezę (co dziwne bo oczywiście nie było ani kropli alkoholu, ale widać nadmiar chipsów też szkodzi)
I tak to w miarę wyglądało choć niestety nie pamiętam nawet 1/100 najlepszych kawałku z tych dwóch dni i jednej nocy, za dużo tego było (może Ci dwaj mi coś przypomną). Jednak sama myśl o tym będzie mnie jeszcze nakręcać przez długie tygodnie… aż do końca kolejnego roku.
Einstein był genialny
Pomijając już to, że był wegetarianinem, ta postać najbardziej mi imponuje. Dokonał wielkich rzeczy jednak nie zapomniał nigdy co to znaczy dobry humor:
„Aby ukarać mnie za moją pogardę dla autorytetów, Los sprawił, że sam stałem się autorytetem.”
„Bo ja wolno myślę.”
„Jestem głęboko wierzącym ateistą.”
„Jak to się dzieje, że nikt mnie nie rozumie, a wszyscy mnie uwielbiają?”
„Jeżeli moja teoria względności okaże się słuszna, Niemcy powiedzą, że jestem Niemcem, a Francuzi, że obywatelem świata. Jeśliby miała się okazać błędna, Francja oświadczyłaby, że jestem Niemcem, a Niemcy, że jestem Żydem.”
„Mając dwadzieścia lat myślałem tylko o kochaniu. Potem kochałem już tylko myśleć.”
„Nie wierzę w astrologię, bo jestem spod znaku Ryb, a Ryby nie wierzą w astrologię.”
„Tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej.”
„Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, i przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to właśnie robi.”
„Jedynym dowodem na to, że istnieje jakaś pozaziemska inteligencja jest to, że się z nami nie kontaktują.”
„Jeśli “a” oznacza szczęście, to a=x+y+z; x – to praca, y – rozrywki, z – umiejętność ‘trzymania języka za zębami.”
„Jeżeli zabałaganione biurko jest znakiem zabałaganionego umysłu, znakiem czego jest puste biurko?”
„Znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie, jak go wskrzesić.”
„Sprytna osoba rozwiązuje problem. Mądra ich unika.”
„Każdy głupi może wiedzieć. Sedno to zrozumieć.
„Nie martw się o swoje trudności z matematyką. Zapewniam cię że moje są i tak większe.”
„Nie wierzę w matematykę.
I tym kończę tą długą i nudną notkę:
Jak “ubić” karpia?
grudzień 22, 2006Przepis na karpia wigilijnego
1. Bicie na chama:
- młotek: walnąć z całej siły między oczy lub w okolice oczu (uważać na palce)
- tasak: obciąć głowę (uważać na dłoń)
Skutki uboczne: gwarantowane wyrzuty sumienia i mdłości. Nasze kalectwo i śmierć karpia równie prawdopodobne.
2. Bicie “na tchórza” – unikanie walki:
- do wanny z karpiem wrzuca się włączoną suszarkę do włosów
Skutki uboczne: wymiana korków, zakup nowej suszarki.
3. Bicie psychologiczne:
- podchodzi się do wanny, w której beztrosko pływa karp i znienacka pokazuje mu się kalendarz z zakreśloną czerwonym pisakiem datą 24 grudnia (na 99,9% karp umrze na zawał)
Skutki uboczne: a co będzie, jak trafisz na ten 0,01%?
4. Gry wojenne:
- do wanny wrzucasz petardę
Skutki uboczne: odpada patroszenie, lecz dochodzi malowanie ścian i sufitu.
5. Bicie damskie:
- wyciągasz korek z wanny i wychodzisz na papierosa i serial brazylijski
Skutki uboczne: możesz zachorować na raka (palenie szkodzi).
6. Bicie niesportowe:
- idąc do domu z karpiem udajesz, że niechcący wypada ci siatka pod nadjeżdżający autobus
Skutki uboczne: czasem kierowca autobusu chcąc uniknąć kolizji z siatką, w której może przecież być mina przeciwpancerna, przejeżdża nie tego co trzeba.
7. Bicie koleżeńskie:
- wypijasz z karpiem flaszkę i tłumaczysz mu, że on nie ma już po co żyć, bo jego dziewczyna zdradza go z innym w sąsiedniej centrali rybnej; karp umiera z żalu lub przepicia
Skutki uboczne: chora wątroba, wyrzuty sumienia, a jak karp wie coś o twojej żonie?


