Archiwum dla sierpień 30th, 2007

Kocham asfalt

sierpień 30, 2007

Historia zaczęła się wczesnym rankiem, gdy wszyscy już wstali, bo to pewnie nawet nie był ranek, ale ważne jest to, że ja spałem. Mianowicie w tym wyżej opisanym momencie udało mi się wstać. Od tej chwili aż do około 18 zostałem przyciągnięty i siłą wyższą pozostawiony przy komputerze oglądając beznadzieje anime „Death Note”, które w ogóle mnie nie interesuje i nie wciąga (koniec sarkazmu), z chwilową przerwą na kilkanaście zadanek z matmy. O tej godzinie wpadłem na rewelacyjny pomysł: „Rower, rower, rower…” Jak pomyślałem tak zrobiłem. I w tym momencie zaczyna się przygoda. Wszyscy, którzy zasnęli na wstępie proszeni są o kontynuowanie drzemki gdyż dalej nie wydarzy się nic wartego uwagi a tym bardziej przerywania jakże ważnego dla zdrowia snu. Wracając do historii… wyruszyłem, więc przed siebie. Gdy dojechałem „Gdzieś-tam” (zapamiętajcie to miejsce, bo będzie się pojawiać wielokrotnie w mojej opowieści gdyż mój zmysł orientacji jest znikomy, ale o tym potem…) znalazłem się o dziwo w miejscu, w którym zaplanowałem się znaleźć i wyruszyłem lasem, serpentynami w górę. Gdy już dotarłem tam gdzie wyżej już nic nie ma, ujrzałem dróżkę rowerową (którą widziałem już setki razy) i wpadł mi do głowy genialny i zaskakujący pomysł: „Rower, rower, rower…” jak pomyślałem tak zrobiłem i udałem się za znakami wyznaczającymi trasę ścieżki. I jechałem, i jechałem…, po czym okazało się, że to nie jest taka sobie ścieżka tylko jakaś ścieżka… tylko, że długa… długa ścieżka… czy jak to nazwać… ważne, że było długie. I tym sposobem dojechałem Gdzieś-tam gdzie nie było widać domu mego ani miasta. Ale jeszcze było widać słońce na horyzoncie, więc nie przeszkadzało mi to zbytnio. Tym sposobem odjechałem gdzieś jeszcze dalej i ukazał się moim wszystko widzącym oczom widok zachodzącego słońca: „Łaaaał słońce… zachodzi…. Łał jak ładnie…” (po kilku minutach) „Zachód słońca? Skąd wzięła się ta nazwa? … Aaaa!! Zaraz będzie ciemno – zamknij się! – Ciemno, a co mi tam jak mam lampkę z nowymi bateryjkami! Ha! Lampka mnie ocali!” Jak pomyślałem tak zrobiłem. W chwili tej spostrzegłem, że lampka mi nie działa: „Ja to naprawie! (stuk stuk) Nie da się!!” Tutaj zaczęła się panika i czas wielkiej zadumy: „Hmmm hmmm rower, rower, ciemno ooooo ciemno, rower, rower…” jak pomyślałem tak zrobiłem i pojechałem przed siebie. I tak jadę i jadę i straciłem już wszelką nadzieję, gdy ujrzałem przed sobą jakiegoś Kicajca skaczącego myślę sobie: ”Jeee jestem uratowany! Z głodu nie umrę!… Ee przecież ja nie jem zwierzątek! Damn it! Umre!!” Wtedy wydarzyło się coś strasznego: „Aaaaaaa!” to było niewiarygodne! Przede mną ukazał się straszny, przerażający, krwiożerczy… Strach na wróble!! Przez kolejne 500 metrów byłem zajęty uciekaniem, bo on był naprawdę krwiożerczy i tak dziwnie się na mnie patrzył i w ogóle. Ale słyszałem, że on jada tylko wróble, więc odległość 500 metrów wydała mi się bezpieczna żeby zwolnić. Tym sposobem znalazłem się na rozstaju dróg. Jedna dróżka prowadziła w dół a druga ku zaskoczeniu wszystkich w górę. Wtedy przypomniały mi się słowa Gandalfa który był wielkim mędrcem: „Coś tam coś tam… w dół jest łatwiej idź pod górę… coś tam coś tam” więc zrobiłem takowo jak powiedział. Gdy wyjechałem wyżej ujrzałem z góry drugą ścieżkę i to dokąd prowadziła… cmentarz. Bardzo wymowna to była lekcja, odtąd zawsze chodzę pod górkę… a tym bardziej jeżdżę. Ale nie było czasu się nad tym zastanawiać gdyż zrobiło już się zupełnie ciemno a wtedy jedyne co sobie myślałem to: „Aaaaa!” I tak jadąc dalej w końcu dotarłem do jakiejś cywilizacji! Gdzieś daleko, daleko przed sobą ujrzałem Przekaźnik. To odkrycie uświadomiło mi, że jestem na południe od Przemyśla. Moja znajomość geografii nigdy nie było za dobra i do tego dotyczyła tylko terenów na północ od Przemyśla. Jak dla mnie to niżej nie było już nic. I tym sposobem zostałem odkrywcą! Jednak coś tam jest. I ludzie tam są! Postanowiłem się nazwać to miejsce imieniem odkrywcy: Miłoszolandia! A ludzi tam mieszkających jego imieniem, i tak wszyscy nazywali się Miłoszami. I jechałem tak i jechałem i machałem do Miłoszów, a w duszy współczułem im takiego głupiego imienia. I tak jechałem i jechał, robiło się coraz bardziej cywilizowanie, więc doszedłem do wniosku, że opuszczam Miłoszolandie. I tym sposobem znalazłem się w Przemyślu. Ma radość nie znała granic. Tak wracałem szczęśliwy a tu nagle mój rower cosik zaczął narzekać: „Co? Do domu? Nie bądź knopers? Ta hono gdzieś pojedziemy? Ta co będziemy robić w domu? Ta w domu ludzie umierają? Ta hono! Nie bądź pimpek! Ta…” I tym sposobem zdecydowałem się na nocny wyjazd pod Przekaźnik który tak mi świecił z daleka. Po drodze wpadłem do rowu ciesząc się, że nie wpadłem do niego jak będę zjeżdżał. Po czym udałem się do domu! I to Ci cała historyja! Pora wstawać! Tak żem to napisał żeby zapełnić miejsce bo wakacje się kończą a Kantek nie skleił dla Was filmiku z którym miała powstać ciekawsza notka (jak ktoś zacznie go molestować to może w końcu się za to weźmie). I to byłby koniec.