Historia zaczęła się wczesnym rankiem, gdy wszyscy już wstali, bo to pewnie nawet nie był ranek, ale ważne jest to, że ja spałem. Mianowicie w tym wyżej opisanym momencie udało mi się wstać. Od tej chwili aż do około 18 zostałem przyciągnięty i siłą wyższą pozostawiony przy komputerze oglądając beznadzieje anime „Death Note”, które w ogóle mnie nie interesuje i nie wciąga (koniec sarkazmu), z chwilową przerwą na kilkanaście zadanek z matmy. O tej godzinie wpadłem na rewelacyjny pomysł: „Rower, rower, rower…” Jak pomyślałem tak zrobiłem. I w tym momencie zaczyna się przygoda. Wszyscy, którzy zasnęli na wstępie proszeni są o kontynuowanie drzemki gdyż dalej nie wydarzy się nic wartego uwagi a tym bardziej przerywania jakże ważnego dla zdrowia snu. Wracając do historii… wyruszyłem, więc przed siebie. Gdy dojechałem „Gdzieś-tam” (zapamiętajcie to miejsce, bo będzie się pojawiać wielokrotnie w mojej opowieści gdyż mój zmysł orientacji jest znikomy, ale o tym potem…) znalazłem się o dziwo w miejscu, w którym zaplanowałem się znaleźć i wyruszyłem lasem, serpentynami w górę. Gdy już dotarłem tam gdzie wyżej już nic nie ma, ujrzałem dróżkę rowerową (którą widziałem już setki razy) i wpadł mi do głowy genialny i zaskakujący pomysł: „Rower, rower, rower…” jak pomyślałem tak zrobiłem i udałem się za znakami wyznaczającymi trasę ścieżki. I jechałem, i jechałem…, po czym okazało się, że to nie jest taka sobie ścieżka tylko jakaś ścieżka… tylko, że długa… długa ścieżka… czy jak to nazwać… ważne, że było długie. I tym sposobem dojechałem Gdzieś-tam gdzie nie było widać domu mego ani miasta. Ale jeszcze było widać słońce na horyzoncie, więc nie przeszkadzało mi to zbytnio. Tym sposobem odjechałem gdzieś jeszcze dalej i ukazał się moim wszystko widzącym oczom widok zachodzącego słońca: „Łaaaał słońce… zachodzi…. Łał jak ładnie…” (po kilku minutach) „Zachód słońca? Skąd wzięła się ta nazwa? … Aaaa!! Zaraz będzie ciemno – zamknij się! – Ciemno, a co mi tam jak mam lampkę z nowymi bateryjkami! Ha! Lampka mnie ocali!” Jak pomyślałem tak zrobiłem. W chwili tej spostrzegłem, że lampka mi nie działa: „Ja to naprawie! (stuk stuk) Nie da się!!” Tutaj zaczęła się panika i czas wielkiej zadumy: „Hmmm hmmm rower, rower, ciemno ooooo ciemno, rower, rower…” jak pomyślałem tak zrobiłem i pojechałem przed siebie. I tak jadę i jadę i straciłem już wszelką nadzieję, gdy ujrzałem przed sobą jakiegoś Kicajca skaczącego myślę sobie: ”Jeee jestem uratowany! Z głodu nie umrę!… Ee przecież ja nie jem zwierzątek! Damn it! Umre!!” Wtedy wydarzyło się coś strasznego: „Aaaaaaa!” to było niewiarygodne! Przede mną ukazał się straszny, przerażający, krwiożerczy… Strach na wróble!! Przez kolejne 500 metrów byłem zajęty uciekaniem, bo on był naprawdę krwiożerczy i tak dziwnie się na mnie patrzył i w ogóle. Ale słyszałem, że on jada tylko wróble, więc odległość 500 metrów wydała mi się bezpieczna żeby zwolnić. Tym sposobem znalazłem się na rozstaju dróg. Jedna dróżka prowadziła w dół a druga ku zaskoczeniu wszystkich w górę. Wtedy przypomniały mi się słowa Gandalfa który był wielkim mędrcem: „Coś tam coś tam… w dół jest łatwiej idź pod górę… coś tam coś tam” więc zrobiłem takowo jak powiedział. Gdy wyjechałem wyżej ujrzałem z góry drugą ścieżkę i to dokąd prowadziła… cmentarz. Bardzo wymowna to była lekcja, odtąd zawsze chodzę pod górkę… a tym bardziej jeżdżę. Ale nie było czasu się nad tym zastanawiać gdyż zrobiło już się zupełnie ciemno a wtedy jedyne co sobie myślałem to: „Aaaaa!” I tak jadąc dalej w końcu dotarłem do jakiejś cywilizacji! Gdzieś daleko, daleko przed sobą ujrzałem Przekaźnik. To odkrycie uświadomiło mi, że jestem na południe od Przemyśla. Moja znajomość geografii nigdy nie było za dobra i do tego dotyczyła tylko terenów na północ od Przemyśla. Jak dla mnie to niżej nie było już nic. I tym sposobem zostałem odkrywcą! Jednak coś tam jest. I ludzie tam są! Postanowiłem się nazwać to miejsce imieniem odkrywcy: Miłoszolandia! A ludzi tam mieszkających jego imieniem, i tak wszyscy nazywali się Miłoszami. I jechałem tak i jechałem i machałem do Miłoszów, a w duszy współczułem im takiego głupiego imienia. I tak jechałem i jechał, robiło się coraz bardziej cywilizowanie, więc doszedłem do wniosku, że opuszczam Miłoszolandie. I tym sposobem znalazłem się w Przemyślu. Ma radość nie znała granic. Tak wracałem szczęśliwy a tu nagle mój rower cosik zaczął narzekać: „Co? Do domu? Nie bądź knopers? Ta hono gdzieś pojedziemy? Ta co będziemy robić w domu? Ta w domu ludzie umierają? Ta hono! Nie bądź pimpek! Ta…” I tym sposobem zdecydowałem się na nocny wyjazd pod Przekaźnik który tak mi świecił z daleka. Po drodze wpadłem do rowu ciesząc się, że nie wpadłem do niego jak będę zjeżdżał. Po czym udałem się do domu! I to Ci cała historyja! Pora wstawać! Tak żem to napisał żeby zapełnić miejsce bo wakacje się kończą a Kantek nie skleił dla Was filmiku z którym miała powstać ciekawsza notka (jak ktoś zacznie go molestować to może w końcu się za to weźmie). I to byłby koniec.

