Z okazji tego, że zaczęły się nam wakacje! Chciałbym przedstawić Wam wakacyjną piosenkę! Z nią nie sposób się nudzić! Jest idealna na każdą imprezę, rozkręci największych sztywniaków. Po prostu szał!
Holiday
Holiday
It’s the best day
Ice-cream day
I am only happy
When I have
Holi… day
Holiday
Holiday
It’s the best day
Ice-cream day
I am only happy
When I have
Holi… day
Holiday
Holiday
It’s the best day
Ice-cream day
I am only happy
When I have
Holi… day
Co to był za dzień? Pełen wrażeń, a skończył się jeszcze większymi emocjami… Ten dzień natchnął mnie do tego stopnia, że powstanie notka z cyklu tych bezsensowny, opowiadających o tym co dzisiaj mnie spotkało. Raz mogę zaszeleść. W takim razie zaczynamy!
Wszystko się zaczęło od próby przedstawienie szkolnego które jutro odbędzie się na zakończeniu roku. Przyjechaliśmy godzinę wcześniej by poćwiczyć przed wystąpieniem przed panią dyrektor. Skończyło się na tym, że ja nosiłem komputery a reszta całą godzinę się obijała więc podeszliśmy do ostatecznej próby trochę z marszu. Ostatecznie wszystko się udało a hitem było zakończenie: Pani dyrektor pracowała nad naszą dykcją, więc dzisiaj mieliśmy pokazać poprawę. Po zakończonej próbie kolega S. z niedużej odległości przemawia do p. dyrektor:
- i jak tam moja dykcja. Lepiej?
-słucham?
-jak tam dykcja! Lepiej?
-co?
-dykcja!!
-aaa dykcja! Tak, tak lepiej…
<szyderstwo>
I tym wesołym akcentem zakończył się dzień w mojej szkole. Przeszliśmy więc na wyższy poziom edukacji udając się do Zerówki numer 3. Tam po zrobieniu kwiatków które nie były różowe i napisów które nie były różowe otrzymałem dyplom ukończenia zerówki z datą 22.06.07. Tym sposobem jestem pełnoprawnym właścicielem wykształcenia zerowego. Gdy szedłem przez miasto dzierżąc mój dyplom, wszyscy mi zazdrościli… bo takiego na pewno nie mieli. I tak skończył się etap dnia w zerówce.
Po tych szkolnych przeżyciach przyszedł czas na leżakowanie (dzieci w przedszkolu tak mają więc nie będę się wybijał), a następnie oczywiście rowerek. Nie spodziewałem się, że ten wyjazd skończy się tak emocjonująco, w końcu jeżdżę codziennie. Po pierwszym wyjeździe na przekaźnik, pędząc w dół do domku, spotkałem znajomych jadących w przeciwnym kierunku pod górę. Po kilku sekundowym namawianiu udało im się mnie przekonać na ponowny wyjazd. Gdy po raz drugi znalazłem się na szczycie, spotkałem właściciela wysokiej klasy roweru downhill’owego (czyli coś na czym skacze się z 15 metrowych klifów i zjeżdża z olbrzymią prędkością po niegładkich terenach… zobaczycie potem) i po kilku sekundowym namawianiu dałem się na mówić na zjazd (ja coś chyba nie asertywny jestem). To była jedna z tych chwil w której odkrywamy, że doświadczenie to coś co uzyskujemy gdy nie jest nam już potrzebne. Odkryłem właśnie w tym momencie, że mój rower nie nadaje się do zjazdów… Ja na szczęście jestem cały, ale kolega który przejechał po moim rowerze, po czym robiąc salto wpadł w przepaść i jakimś cudem zatrzymał się metr pode mną, jest troszkę w gorszym stanie. I to ciekawe wydarzenie zamknęło dzień pełen wrażeń. Potem tylko zjazd nocą przez park i do domu.
I to by było na tyle… dodam tylko, że właśnie skończyłem 19 lat… starzeje się… a rozumu mi nie przybywa…
A na koniec pokaz tego co znaczy porządna jazda na rowerze i czego PRAWIE doświadczyłem dzisiaj: