Od mniej więcej czterech lat planowaliśmy wypad na najwyższy szczyt Polski. Nie mogliśmy się zdecydować, ponieważ nie jest to takie proste fizycznie a jak się potem okazało także niebezpieczne. Przygotowywaliśmy się technicznie i fizycznie (codziennie oboje jeździliśmy na rowerkach itd.), więc byliśmy dobrej myśli. Wyjechaliśmy z Przemyśla o 5 rano a na szlak weszliśmy koło 13. Początkowo trasa była bardzo prosta, przynajmniej od strony technicznej, bo fizycznie ostro dawała w kość. Kilka kilometrów non stop po stopniach. Ciężkie plecaki ciągnęły w dół, więc naprawdę nie było to takie proste. Jak by tego było mało, w połowie drogi na szczyt złapała nas burza (już od początku lekko padało). Ale to nie taka burza jaką znamy z dolin. Silny wiatr do tego grad jak groszek. Pioruny uderzały tuż koło nas. Wtedy musieliśmy na chwilę przerwać wędrówkę, ale jak to w górach pogoda bardzo szybko się zmieniła i zaraz mogliśmy ruszać dalej. Gdy natrafiliśmy na pomoc ratunkową i praktycznie nie wiedzieliśmy czy tamtędy nie będziemy musieli przejść gdzie zdarzył się ten wypadek (zaznaczę, że żaden z nas nie znał drogi) opadliśmy trochę z sił psychicznych, ale dzielnie brnęliśmy naprzód. Nie podbudowaliśmy się za bardzo bo po chwili naprawdę zaczął się hardcore. Wspinaczka po śniegu prawie po pionowej ścianie, potem wspinaczka na łańcuchach po naprawdę pionowej ścianie a potem to już po kamieniach stromo do góry. Po czymś takim człowiek albo przyzwyczaja się do niebezpieczeństwa, albo nie pozostaje mu nic innego jak się poddać i rzucić w przepaść. My wybraliśmy tą pierwszą opcję. Jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka. Może było by łatwiej gdybyśmy korzystali tak jak wszyscy ze szlaku, ale jaka to by była atrakcja. W końcu udało nam się jakoś dotrzeć do schroniska pod samym szczytem. Pogoda nie za bardzo dopisywała więc postanowiliśmy przenocować. Klimat w schronisku był niesamowity. Tego nie da się opisać. Noc wysoko w górach jest naprawdę czymś niezwykłym. Jednak najbardziej niezwykły w tym schronisku był klopek (ubikacja). Była to kabina z tarasem ustawiona na zboczu skarpy. Niby normalne bo w końcu gdzieś muszą lecieć odpadki, ale jak wchodziło się do środka i siadało na tronie naszym oczom ukazywał się niezwykły widok. W ścianę przed nami było wmontowane olbrzymie okno z pięknym widokiem na góry, naprawdę imponującym. Nawet jak ktoś nie miał potrzeby to warto było pójść popodziwiać widoki. Jednak to jeszcze nie wszystko. Żeby do niego dojść, trzeba było przejść 90m po stromym zboczu, ścieżką z chwiejących się kamieni. Jak naszła mnie potrzeba w nocy, to o mało nie załatwiłem się po drodze ze strachu. Noc była bardzo przyjemna chodź ciężka. A ciężko było ponieważ jeden z osobników śpiących z nami (na ziemi oczywiście) chrapał a reszta próbowała go uciszyć. Było to komiczne, a ja, jak to ja w takich sytuacjach nie umiem się powstrzymać od śmiechu. Jak udało nam się zasnąć to i tak zaraz była pobudka (6 rano). Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na szczyt. Tam dopiero był prawdziwy hardcore. Zaczęło się od wspinaczki po śnieg, po bardzo stromym zboczu. O mało nie wybiłem sobie tam moich świeżo wyprostowanych ząbków. Jednak byliśmy przygotowanie i mieliśmy specjalne obuwie. Ten śnieg był niczym w porównaniu do wspinaczki po skałach wisząc nad przepaścią -która czekała nas potem. Szlaku nie było już nawet widać. Jedynym drogowskazem był szczyt. Było kilka niebezpiecznych sytuacji, zerwanych kamieni, więc adrenalina buzowała w nas do granic możliwości. W końcu po to na to się zdecydowaliśmy. Gdy dotarliśmy wreszcie na szczyt nasze wysiłki zostały wynagrodzone. Czuliśmy się jak panowie świata. Wszystko pod nami, tak blisko nieba i chmur. Wspaniałe uczucie a widoki zapierające dech w piersiach. Do tego cały czas buzująca adrenalina ponieważ szczyt nie miał za dużej objętości a wysokość była znaczna. Przeżycie nie do opisania. Góra została pokonana. Pogoda ponownie zaczęła się psuć więc musieliśmy w pośpiechu schodzić na dół. To chyba był najbardziej emocjonujący moment. Schodziliśmy na wyścigi. Jednak po chwili każdy z nas do szedł do takiego miejsca, że za bardzo nie miał jak się wrócić a na przód była tylko przepaść. Poluzowaliśmy więc trochę, ale i tak było naprawdę bardzo emocjonująco. Po to są w końcu sporty ekstremalne. Potem czekał nas tylko genialny zjazd po śniegu na butach (lepsze niż rolki, naprane polecam, genialna rzecz) i udaliśmy się jeszcze na chwile do schroniska bo gonił nas deszcz. Tam spotkaliśmy grupkę Węgrów z którymi nie mogliśmy się dogadać, a potem się okazało, że jedna z nich mówi po polsku. Zaszpanowałem przed nimi znajomością gry na gitarze piosenki Omegi i ruszyliśmy w drogę. Gdy schodziliśmy, złapała nas najgorsza burza jaką kiedykolwiek widziałem. Ze ścieżki zrobił się potok, a grad walił z całych sił. W takiej pogodzie musieliśmy jakoś dotrzeć na dół, bo szans na przejaśnienie nie było. W końcu się udało. Zeszliśmy bezpiecznie na dół. Wykończeni ale nabuzowani adrenaliną. Przeżycie nie do opisania.
Dziękuje mojemu tacie który mnie tam zabrał, wymyślił i zaplanowała całą tą wyprawę. Bez niego nigdy bym nie przeżył czegoś takiego. Dziękuje i podziwiam bo trasa była hardcorowa.
Tutaj na koniec macie zdjęcia ale były one robione obiektywem szerokokątnym więc wszytko zostało spłaszczone. Nie ukazują one nawet w najmniejszym stopniu tego co naprawdę tam przeszliśmy. LINK
lipiec 11, 2006 o 0:02 |
hym.. a o tym że chciał się zabić trzy razy to już nie wspomniał:P:D a to tylko za sprawą małego wynalazku techniki:D tak to się ma jak się jest… MANIAKIEM!!:D
lipiec 11, 2006 o 18:23 |
Oj ale takie odtwarzacza to nikt nie miał ;( nawet mi nie przypominaj ;(… maniakiem dobrze być ;). Chyba jak narazie jako jedyna przebrnełaś przez tą notke :D:*
lipiec 11, 2006 o 21:02 |
Ale ja jestem sławny….
lipiec 12, 2006 o 17:02 |
podziwiam :)
lipiec 12, 2006 o 22:34 |
outstanding story n pictures!!!! Good amn urself Rabbi!! keep it up!!
lipiec 16, 2006 o 12:47 |
moja mama 2 razy była na Giewoncie… a teraz boi się stać na balkonie na 3 piętrze… wszystko przed Tobą Miłoszku :)
sierpień 12, 2006 o 21:20 |
hehe jesli te zdjecia nie ukazują w pełni grozy sytuacji a ja juz sie boje to nie wiem co bedzie jutro… Jutro własnie zdobywam rysy i wracam spowrotem do Palenicy tego samego dnia. masakra…jak przeżyje to jeszcze sie odezwe.
sierpień 14, 2006 o 9:49 |
I dało rady zyje i jest fajnie=) tylko ostatnią ekspozycie pokonałam asekurowana bo to naprawde strasznie to wyglądało. A wchodzilismy tuz po deszczu wiec było slisko, mokro i zimno.nic nie było widac bo straszne mgły ale ui tak warto było
sierpień 14, 2006 o 13:10 |
Hehe nio to gratuluję :) musisz przyznać, że widoki są niesamowite? ;> Warto jest się tam wspinać… ;) Niezapomniane przeżycie =) pozdrawiam ;) P.S. Nie chciałem Cię nastraszyć fotkami ;(
sierpień 14, 2006 o 14:21 |
Taaa… weźcie mnie na Rysy… ;((
sierpień 14, 2006 o 14:23 |
Spoko spoko Żaba ;) jeszcze pójdziemy :P
sierpień 14, 2006 o 14:26 |
tylko kiedy :( teraz to możemy sobie pojechać na kopiec…
sierpień 14, 2006 o 14:27 |
Hehehe zawsze to coś ;):P Tyż górka
sierpień 14, 2006 o 14:33 |
Prawie jak…
sierpień 14, 2006 o 14:46 |
Nio ale w sumie na kopiec się chodzi w innych celach… ;P
sierpień 14, 2006 o 15:05 |
wiem, żeby potem zjechać za wyciągiem do Krasiczyna
sierpień 14, 2006 o 20:25 |
nio też :P